W rankingu innowacyjności UE zajmujemy dopiero 25. pozycję, co sytuuje nas wyraźnie poniżej europejskiej średniej. W Polsce tylko około 30 proc. firm zatrudniających co najmniej 10 osób zasługuje na miano innowacyjnych. Wskaźniki w większości krajów Unii są znacząco wyższe. Blado wypadamy nawet na tle innych państw naszego regionu. Takie są dane Eurostatu. My samych siebie postrzegamy o niebo lepiej.

Także dlatego, że innowacje kojarzymy głównie z nowoczesnymi technologiami, a tych u nas nie brakuje. Wystarczy spojrzeć, w jakim stopniu zinformatyzowane są polskie firmy. Nawet kilkuosobowe podmioty nie stronią od systemów klasy ERP (zarządzanie procesami biznesowymi), CRM (wsparcie sprzedaży) czy BI (analityka biznesowa).
Kulejąca współpraca
Ponad 60 proc. uczestników badania przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie spółki 3M uważa, że jesteśmy narodem innowacyjnym, a klimat w Polsce sprzyja rozwojowi innowacyjności. Najczęściej innowacyjność przypisują sobie zaś respondenci młodzi i z wyższym wykształceniem. Kto zatem ma rację: ankietowani przez TNS czy statystycy w Brukseli?
Prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego, nie widzi sprzeczności między wynikami analiz UE, a wnioskami z sondażu 3M. Jego zdaniem, statystyczny Kowalski umie rozwiązywać problemy w niekonwencjonalny sposób, ale w pojedynkę. Kiedy jest w grupie, raczej ze swoim sprytem i przemyślnością się nie wychyla.
Jeśli nawet wpadnie na genialny pomysł, jest mało prawdopodobne, że zostanie on skomercjalizowany. Ma to związek z naszym brakiem gotowości i umiejętności współpracy, a szerzej — z niedostatkiem kapitału społecznego, którego głównym składnikiem jest zaufanie.
— Spełniamy podstawowy warunek innowacyjności, którym jest wrodzony iloraz inteligencji. Biorąc pod uwagę testy IQ, plasujemy się na czwartym miejscu w Europie i na piętnastym w świecie. Problemem Polski nie jest więc brak twórczych czy otwartych na technologie osób, ale to, że nie są one w stanie się dogadać — przekonuje prof. Czapiński.
Dodaje, że indywidualnie jesteśmy mistrzami w ułatwianiu sobie życia i pracy. Nijak się to jednak nie przekłada na gospodarkę.Jak zatem wyjaśnić sukcesy naszego kraju w ostatnich 25 latach?
— Rzeczywiście, od transformacji ustrojowej w 1989 r. Polska rozwija się dynamicznie. Nie zawdzięcza tego jednak innowacyjności, lecz dwóm przewagom — niskim kosztom pracy i wysokim kwalifikacjom zatrudnionych, bo kształcimy się na potęgę — uważa Janusz Czapiński.
IT to nie wszystko
Badani przez TNS Polska jednogłośnie przyznali, że największą barierą dla innowacyjności jest brak funduszy. Z ankiety wyszło, że innowacje to dla nich nie tyle usprawnienia organizacyjne, ile drogie, nowoczesne rozwiązania IT, które „zwracają się” po długim czasie użytkowania.
— Prawda jednak jest taka, że nawet najbardziej zaawansowane technologie są dziś na kieszeń niemal każdej firmy. Przynajmniej wtedy, gdy decydują się na teleinformatykę udostępnianą w formie usługi przez internet. W tym modelu nie trzeba inwestować w kosztowne oprogramowanie i sprzęt. Wystarczy płacić comiesięczny abonament — tłumaczy Krzysztof Witczak, prezes itelligence.
Katarzyna Szczupał-Vieweg, prezes spółki Staufen Polska, podobnie jak prof. Czapiński, twierdzi, że bolączką naszego kraju nie jest brak nowinek technologicznych, lecz kulejąca współpraca między sąsiadami czy kolegami z pracy. Ale nie tylko. Gorsze jest to, że działy i komórki w polskich firmach to bardzo często wyizolowane wyspy, które nie widzą korzyści w dzieleniu się informacji i pomysłami, a nawet ze sobą konkurują. Specjaliści od zarządzania zjawisko to nazywają organizacją silosową.
— To kolejny problem, który utrudnia usprawnienie procesów. Wszystko, co dzieje się w firmie, powinno być traktowane jak elementy tego samego łańcucha, którego celem jest wytworzenie wartości — wskazuje Katarzyna Szczupał-Vieweg.
OKIEM EKSPERTA
Nowe podejście do starych problemów
MACIEJ POBOCHA
lokalizacja.info
Dlaczego innowacyjność jest taka ważna? Bo ma być łatwiej, szybciej, przyjemniej i bezpieczniej. A przy okazji taniej. Stawką jest poprawienie komfortu życia i oszczędność czasu. Tak w skrócie można ocenić przydatność oryginalnych rozwiązań, które pomagają usuwać bolączki istniejące od lat. Przykład z mojej branży? Systemy satelitarne pozwalające stale monitorować, gdzie znajduje się dziecko lub osoba chora na Alzheimera. Albo drony, za pomocą których dostarcza się defibrylatory, by uratować życie ofierze zawału. A z bardziej przyziemnych zastosowań? Wymieńmy tylko aplikacje w telefonie umożliwiające zakup biletu komunikacji miejskiej lub do kina, a także uiszczenie opłaty za parking. Absolutną rewelacją są tzw. inteligentne zegarki, dzięki którym amatorzy sportu śledzą postępy w treningu i wybierają najdogodniejsze metody ćwiczeń. Z dnia na dzień przybywa systemów klasy connected, które umożliwiają zbieranie, udostępnianie i zarządzenie informacjami w czasie rzeczywistym. Służą różnym grupom, np. kierowcom, użytkownikom zaawansowanych technologicznie biurowcom i domom czy mieszkańcom inteligentnych metropolii (smart cities). To dzięki nim stare problemy możemy rozwiązać w nowy sposób.
