Odbijanie się od szklanego sufitu

opublikowano: 09-10-2019, 22:00

Na trzy doby przed wyborami ustabilizowane sondaże podpowiadają, że Prawo i Sprawiedliwość powtórzy osiągnięcie z 2015 r. i zdobędzie w Sejmie samodzielną większość bezwzględną.

Wbrew naiwnym marzeniom opozycji — w Senacie również. Przypomnę czyste, czyli bez doliczania ukrytych koalicjantów, zdobycze zwycięzców cztery lata temu: 235 spośród 460 foteli poselskich oraz 61 ze 100 senatorskich. Dość szybko zaczęło to ewoluować, zwłaszcza w Sejmie władcy kraju naturalnie rośli w siłę. Na starcie np. wotum zaufania dla rządu Beaty Szydło przeszło 236:202 przy 18 posłach wstrzymujących się i 4 nieobecnych. Ciekawszy jest z tamtego głosowania pewien niewygodny szczegół: otóż gabinetu z wicepremierem Mateuszem Morawieckim absolutnie nie poparł... jego ojciec Kornel, chociaż nie był przeciw — jako jedyny wyłamał się z odrzucającego rząd klubu Kukiz ’15 i kunktatorsko zagłosował wstrzymująco.

Jarosław Kaczyński marzy o 276 mandatach, Andrzej Duda na to  „niedoczekanie”, zaś Mateuszowi Morawieckiemu wystarczy jakiś zapas ponad 231.
Zobacz więcej

Jarosław Kaczyński marzy o 276 mandatach, Andrzej Duda na to  „niedoczekanie”, zaś Mateuszowi Morawieckiemu wystarczy jakiś zapas ponad 231. Fot. Forum

Obecne marzenia Jarosława Kaczyńskiego wzbijają się zdecydowanie powyżej 231 mandatów. Prezes oczywiście zdaje sobie sprawę, że tzw. konstytucyjna większość dwóch trzecich Sejmu, czyli nominalnie co najmniej 307 posłów, jest dla PiS nieosiągalna, zatem liczy na wynik pomiędzy, w górnej strefie przedziału. Wypada przypomnieć, że Konstytucja RP reguluje tzw. większość kwalifikowaną dość chaotycznie. W różnych sprawach obowiązują rozmaite wyższe progi, a na dodatek mianownikiem czasem jest pełny skład izby, a czasem jedynie liczba głosujących. Wszelkie teoretyczne rozważania muszą przyjmować jednak za punkt odniesienia komplet posłów czy senatorów. Większość 307 głosów wymagana jest sztywno tylko w jednej sprawie — samoskrócenia kadencji Sejmu (i automatycznie Senatu), co przećwiczyliśmy w 2007 r. Ustrojowa zmiana Konstytucji RP natomiast wymaga w Sejmie dwóch trzecich, ale przy obecności jedynie 230 posłów, co w skrajnym (czysto teoretycznym) przypadku obniża ten kwalifikowany próg do… 154.

Konstytucja ustala jeszcze jedną sejmową większość kwalifikowaną — co najmniej trzech piątych. Licząc od pełnego składu izby wychodzi 276 mandatów, ale w różnych sprawach mianowniki znowu są rozmaite. Sztywnych 276 głosów wymaga tylko wniosek o pociągnięcie członka Rady Ministrów do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu (TS). Natomiast odbicie weta prezydenta RP, czyli ponowne uchwalenie ustawy przez Sejm, odnosi się do liczby posłów głosujących, co w skrajnym (znowu czysto teoretycznym) przypadku obniża próg do… 138 głosów. Teoretyzując trzymajmy się jednak liczby 276, która przed 13 października wręcz biegunowo różnicuje pragnienia Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy. Prezes chciałby przebić szklany sufit zawieszony na wysokości 276, by odreagować wieloletnie kompleksy i wreszcie postawić tak znienawidzonego politycznie Donalda Tuska przed TS — opozycja przecież nigdy swoich szabel do tego nie dołoży. Prezydent natomiast rozumuje dokładnie odwrotnie — przy wyniku PiS lepszym niż 231, ale poniżej szklanego sufitu to on pozostanie panem życia i śmierci ustaw wetowanych — wszak jego matka partia w tej sprawie na głosy opozycji również nie ma co liczyć. Andrzej Duda sprawdził to przy bardzo nielicznych, chociaż dotkliwych dla PiS wetach w upływającej kadencji i chciałby tę komfortową dla niego sytuację utrzymać w następnej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu