Odkurzanie starych tabliczek

opublikowano: 22-10-2019, 22:00

Desygnowanie przez prezydenta dotychczasowego prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego na nowego stało się jasne od razu w wieczór wyborczy.

W dziejach III RP taka oczywistość zdarza się drugi raz, poprzednio w 2011 r. od pierwszych godzin kontynuował rządzenie Donald Tusk. Niewiadomą pozostaje natomiast skład gabinetu, nie tylko personalny, lecz także kształt niektórych ministerstw, głównie w bloku gospodarczym. Od 1997 r. fundamentem władzy wykonawczej stały się tzw. działy administracji rządowej, tworzone i zmieniane ustawowo. Obecnie istnieje ich 35. Z tych klocków zestawiane są już rozporządzeniami konkretne ministerstwa.

Minister Henryk Kowalczyk zgasił światło
w MSP, ale możliwe, że znowu zostanie zapalone.
Zobacz więcej

Minister Henryk Kowalczyk zgasił światło w MSP, ale możliwe, że znowu zostanie zapalone. Fot. Marek Wiśniewski

Jeden urząd powinien skupiać działy bliskie merytorycznie, ale wszystko okazuje się względne. Teoretycznie można sobie wyobrazić nawet Ministerstwo Sportu i Rynków Rolnych lub Ministerstwo Rodziny i Kopalin. Przykładowe zsumowanie działów pod jednym dachem celowo sprowadziłem do absurdu, albowiem historia III RP zna przykłady realnych połączeń „od czapy”, tworzonych dla potrzeb konkretnego człowieka. Ogromnego Ministerstwa Gospodarki i Pracy zażyczył sobie Jerzy Hausner, zaś Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zlepiono dla Michała Boniego. Oba sztuczne byty zostały rozsypane natychmiast po zmianie ekipy. Innym wątkiem bywają unie personalne, polegające na obsadzeniu ministra na dwóch stołkach, ale przy utrzymaniu odrębności ministerstw. To specyficzne hybrydy państwowo-prywatne, tworzone także pod konkretnego człowieka. Mateusz Morawiecki jako wicepremier był ministrem rozwoju oraz finansów. Obecnie Jerzy Kwieciński jest ministrem inwestycji i rozwoju oraz finansów, chociaż akurat ta dodatkowa prowizorka ma sens — chodzi o dokończenie kadencji.

Z przecieków z obozu władców kraju wynika, że całkiem realnie zapowiada się odtworzenie Ministerstwa Skarbu Państwa (MSP). Ponoć okazuje się potrzebne, ponieważ sprawowanie nadzoru przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów oraz rozproszenie państwowych spółek między ministrów nie najlepiej służy wykorzystaniu ich potencjału w gospodarce. Ba, to wręcz strukturalna słabość. Jednak trudno zapomnieć, że w 2015 r. właśnie… likwidacja MSP stanowiła jeden z filarów programu gospodarczego PiS. Argumentowano, że skuteczniejszy nadzór nad spółkami będą sprawować właśnie szefowie resortów. Poza tym MSP z definicji było wraże ideologicznie, ponieważ kontynuowało prywatyzacyjne tradycje Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Jeszcze jeden argument był równie chwytliwy, co złudny — likwidacja MSP miała przynieść budżetowi roczne oszczędności 100 mln zł. W kampanii wyborczej PiS chlubiło się dotrzymywaniem obietnic, ta o zniesieniu MSP rzeczywiście została zrealizowana. I co teraz, wszystko zostanie politycznie odszczekane?

Likwidacja ministerstwa przebiegała z ogromnymi oporami. Realizujący ją minister Dawid Jackiewicz został wyrzucony, trwały ostre walki miedzy frakcjami PiS o podział łupów, znaczy tłustych spółek, a kropkę nad „i” postawił minister Henryk Kowalczyk, który w świetle jupiterów zdejmował tabliczkę MSP. Znając reguły politycznego konformizmu, obecnie można się spodziewać, że będzie piewcą przywrócenia resortu. Komentując od lat najróżniejsze resortowe reorganizacje, zawsze kończyłem zaleceniem: absolutnie nie wyrzucać tabliczek i pieczątek. Gdy ponownie nadchodzi ich czas — są jak znalazł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu