Odyseja bywa długa i ciężka

Jacek Zalewski
opublikowano: 21-03-2011, 00:00

Militarna interwencja Zachodu w Libii przejdzie do historii świata ze względu na tempo. Dojrzewała ospale, ale gwałtownie przyspieszyła w odpowiedzi na kontrofensywę Muammara Kaddafiego przeciwko powstańcom. Kilkadziesiąt godzin po rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, gdy uczestnicy sobotniego szczytu w Paryżu jeszcze się nie rozjechali, uderzyły pierwsze rakiety. Zdumiewają przewartościowania — oto na czele zatroskanego świata stanął prezydent Nicolas Sarkozy. Nareszcie spełnił przywódcze marzenia, a przy okazji zagłuszył sumienie. Wszak w grudniu 2007 z pompą gościł Kaddafiego, argumentując, że "należy pomóc państwom, które chcą wejść na właściwą, odpowiedzialną drogę". Warte 10 mld USD umowy Francji z Libią podpisywane były wówczas w Pałacu Elizejskim na tym samym stole, przy którym teraz gospodarz szczytu przeforsował atak! Przyczyną zwrotu było uznanie przez Kaddafiego tzw. Unii dla Śródziemnomorza, będącej oczkiem w głowie Sarkozy’ego, za neokolonializm.

Nadając operacji kryptonim "Świt Odysei" sami autorzy nawiązali do prawdy, przypomnianej w tytule komentarza. Po doświadczeniach Iraku i Afganistanu oraz wobec stanowiska świata arabskiego i Afryki, wykluczona jest w Libii interwencja lądowa, pozostaje prewencja powietrzna i morska. W związku z tym rysuje się powtórka przypadku Saddama Husajna z okresu między pierwszą wojną w Zatoce Perskiej z roku 1991 a uderzeniem obalającym go w roku 2003. Mimo uciążliwych sankcji, Husajn trzymał Irak twardą ręką jeszcze dwanaście lat. Cieszący się dobrym zdrowiem 69-letni Muammar Kaddafi może trwać tyle samo. Tym bardziej, że dla zachodniego świata prawdziwym problemem jest stan libijskiej infrastruktury naftowej oraz regionalny spokój, a dopiero na dalszym planie prawa człowieka.

Trzon militarnej koalicji — Francja, Wielka Brytania, USA, Kanada i Włochy — odtworzył po stu latach sojusz z… pierwszej wojny światowej. Charakterystyczna jest postawa innych globalnych graczy. W Radzie Bezpieczeństwa stali członkowie, Rosja i Chiny, łaskawie rezolucji nie zablokowali, ale jej nie poparli. Wśród członków kadencyjnych wstrzymały się Indie, Brazylia oraz… Niemcy. Kanclerz Angela Merkel niedawno narzuciła partnerom z UE reguły paktu dla konkurencyjności, ale w libijskiej potrzebie się na aliantów wypięła.

Trzy lata temu miałem okazję być w Libii, ukrywając profesję — w papierach na granicy byłem "lekarzem", ze specjalnością psychiatryczną. Przyjrzałem się realiom, przeczytałem też "Zieloną Książkę" Muammara Kaddafiego, stanowiącą zdumiewającą sieczkę islamskiego fundamentalizmu, arabskiego socjalizmu, kapitalizmu i komunizmu (notabene bardziej szokująca teoretycznie okazuje się tylko idea dżucze w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratyczej, którą odwiedziłem jeszcze za życia Kim Ir Sena). Refleksje z Libii podpowiadają mi tezę, że bohater przypomnianej obok okładki "PB" jeszcze długo pozostanie globalnym problemem, którego nie rozwiąże nawet biologia — wszak podobnie jak w Phenianie, w Trypolisie rządzi mocno obsadzona dynastia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy