W stoczniach nie ma lidera dekady. Firmy przegrywają z dotowanymi konkurentami i kursem dolara.
Przez ostatnie dziesięć lat stocznie miały już liczne wzloty i upadki. Zarówno Stocznia Szczecińska, jak i Stocznia Gdynia, po prywatyzacji miały kilka „tłustych lat”. Były i są największymi polskimi eksporterami. Nawet dziś, mimo wielu problemów znajdują się w czołówce światowego przemysłu stoczniowego i budują statki uznawane za najbardziej specjalistyczne.
Za silna konkurencja
Problem jednak w tym, że polskim stoczniom trudno było poradzić sobie w walce z subsydiowaną, zarówno wschodnią, jak i zachodnią konkurencją. Negatywnie na firmach odbił się również niski, w ostatnich latach, kurs dolara i mocny złoty. Komponenty stocznie kupują bowiem w kraju, a statki sprzedają za granicą.
Chcąc przetrwać — Stocznia Szczecińska zaczęła dywersyfikować produkcję. Podobnie jak spółka z Gdyni, zaczęła też uczyć się budowy nowych typów statków. Inwestycje w prototypy są jednak bardzo kosztowne i ryzykowne.
Interwencja państwa
Na negatywne efekty nie trzeba było długo czekać — banki przestały finansować sektor. Menedżerowie właściciele stoczni liczyli więc na wsparcie ze strony Skarbu Państwa. Urzędnicy natomiast zastanawiali się — działać czy też czekać na rozwój sytuacji. Zaczęto szukać winnych. Jedni wskazali menedżerów, inni rząd i banki, a stocznie dryfowały. Firma szczecińska przerwała produkcję. Wreszcie Skarb Państwa zgodził się pomóc — pod warunkiem, że przejmie spółkę. Tak też się stało. Stocznia Szczecińska upadła, a Skarb Państwa przejął produkcję. Teraz przedstawiciele rządu czynią zakusy na Stocznię Gdynia.