W Londynie się nie udało, ale protestujący w Paryżu osiągnęli cel. Nie pomogły trzy tysiące policjantów i wczoraj po raz pierwszy w 72-letniej historii sztafet olimpijskich płomień niesiony do Pekinu na krótko zgasł. Dotychczas znicz dwukrotnie miewał kłopoty już w czasie igrzysk, przygasając na głównych stadionach — w Montrealu 1976 i w Atenach 2004.
Wypada przypomnieć, że olimpijski płomień nie nawiązuje do tradycji greckich, lecz został wymyślony na igrzyska w Berlinie 1936 dla napełnienia dumą kanclerza Adolfa Hitlera. Paradoksalnie, po wojnie zachcianka führera oderwała się od nazistowskich korzeni i stała się ideą jednoczącą ludzkość. Płomień wędrował już różnymi drogami — na przykład w 1976 r. przefrunął z Grecji do Kanady w pół sekundy jako laserowy błysk odbity od satelity. Obsługa sztafety zawsze trzymała ogniową rezerwę na czarną godzinę — i właśnie wczoraj ona nadeszła. Ponownie zapalony płomień chemicznie nie różni się od tego zgasłego — tak jak woda święcona od kranówki — ale to już nie to samo, jajeczko się stłukło.
Sztafeta rzecz jasna dotrze do Pekinu, przetaczając się także przez umęczony Tybet, który stał się wyrzutem sumienia dla państw demokratycznych, naiwnie liczących na złagodzenie przez Chiny ostrego kursu. Ale dwa miesiące po igrzyskach Pekin będzie gościł kolejną ważną imprezę, tym razem czysto polityczno-gospodarczą — ASEM 7, odbywający się naprzemiennie co dwa lata szczyt Azji i Europy — i tam bez szemrania stawią się przywódcy wszystkich unijnych państw, w tym również premier Donald Tusk, który jako jeden z pierwszych polityków ogłosił nieobecność na igrzyskach. A przecież od sierpnia do października sytuacja Tybetu nie drgnie nawet o włos...
Jacek Zalewski