Kurt Lewin, niemiecko-amerykański psycholog, twierdził, że nastroje i postawy społeczne mogą silnie wpływać na decyzje i działania poszczególnych członków społeczeństwa. To z kolei może prowadzić do zmiany kierunku rozwoju całego narodu - zatem zmiany w skali mikro mogą oddziaływać w zmiany w skali makro. Ekonomiści wiedzą, że gwałtowne zmiany nastrojów mogą przełożyć się na nagłe zmiany w gospodarce realnej i na giełdzie. To, co ludzie myślą o gospodarce i jak oceniają przyszłość, ma wpływ na ich obecne decyzje, co ostatecznie kształtuje ścieżkę wzrostu gospodarczego.
W świetle powyższych rozważań, szczególnie pozytywny jest fakt, że polskie społeczeństwo coraz lepiej ocenia stan naszej gospodarki . Co więcej, Polacy należą do najbardziej optymistycznych narodów w Europie. Pod koniec 2024 roku (ankietę przeprowadzono w połowie listopada ubiegłego roku) ponad 40 proc. polskich respondentów deklarowało, że są całkiem zadowoleni, zadowoleni lub bardzo zadowoleni ze stanu krajowej gospodarki. Dla porównania, w 2018 r. odsetek pozytywnych ocen wynosił poniżej 20 proc.
Można by stwierdzić, że nie ma w tym nic odkrywczego, ponieważ w tym czasie realny PKB na mieszkańca wzrósł o ponad 30 proc., a realny dochód rozporządzalny o 13 proc. Jest w tym dużo racji, należy jednak podkreślić, że lata 2018-2024 obfitowały w negatywne wstrząsy – wybuch pandemii COVID-19, wojnę między Ukrainą a Rosją, falę inflacyjną i przedłużającą się stagnację w strefie euro. Ponieważ media eksponują raczej negatywne niż pozytywne treści, niełatwo jest o optymizm, nawet gdy twarde dane i stan portfela pokazują pozytywny obraz. W Polsce to się udało, czego nie można powiedzieć choćby o Hiszpanii. W tym kraju za szybkim tempem wzrostu gospodarczego, poprawą sytuacji dochodowej gospodarstw domowych, a nawet długo wyczekiwanym wyjściem z permanentnej stagnacji, nie poszła istotna poprawa nastrojów społecznych.
Niezwykle ciekawe są też trendy w innych krajach. Weźmy Niemcy. Gospodarka tego kraju tkwi w stagnacji od 2017 r., a od dwóch lat w mediach forsowana jest teza, że nasz zachodni sąsiad ponownie stał się "chorym człowiekiem Europy". To ocena do pewnego stopnia słuszna, gdyż wiele zjawisk ekonomicznych jest bardzo negatywnych, a niektóre z nich mają przyczyny strukturalne. Mimo to w 2023 r. aż 50 proc. respondentów pozytywnie oceniło stan gospodarki, co oznacza wzrost o ok. 30 pkt. proc. względem poprzedniej edycji badania. Do załamania nastrojów doszło dopiero w 2024 r. Dlaczego? Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie listopada, czyli tuż po upadku rządu Olafa Scholza. Kryzys polityczny mógł zatem przełożyć się na społeczną percepcję sytuacji ekonomicznej. Duże, nagłe zmiany w polityce, ze względu na większy wydźwięk medialny, mają prawdopodobnie silniejszy wpływ na nastroje niż zmiany w gospodarce, które zazwyczaj zachodzą stopniowo.
Największy regres w nastrojach społecznych obserwuje się w Wielkiej Brytanii i Szwecji. Nie kryje się za tym żadna nietypowa historia. Są to gospodarki, które po kryzysie pandemicznym radzą sobie najgorzej pod względem dynamiki realnego PKB i dochodu rozporządzalnego na mieszkańca spośród grupy państw wyżej rozwiniętych. Daniel Susskind, brytyjski ekonomista zatrudniony na Uniwersytecie Oksfordzkim, kilka dni temu na łamach Financial Times napisał:
"Gospodarka brytyjska ma kłopoty. Wzrost nie istnieje. Produktywność, która prawie już teraz plasuje się poniżej USA, Niemiec i Francji, spada. Realne płace prawie się nie zmieniły od 16 lat, co jest najgorszym wynikiem od czasów wojen napoleońskich. A inwestorzy zaczynają się chwiać, podnosząc koszty pożyczek do 16-letniego maksimum."
