Atak pojedynczego szaleńca jest nieporównanie trudniejszy do wykrycia, niż przygotowywany grupowo. Ale przecież Anders Behring Breivik — który w Norwegii zabił co najmniej 92 młodych ludzi — od dawna upowszechniał swoje poglądy i wręcz zamiary! W internetowym manifeście, nawiązującym do tradycji zakonu templariuszy, prezentował się patriotycznie w norweskim mundurze z odznaczeniami, a na końcu celował z karabinu. W piątek się okazało, do kogo. Z powodu neofaszystowskiego odchylenia nie przyjęła go nawet nacjonalistyczna SIOE — Stop the Islamification of Europe.
Norweska policja i służby specjalne na te czytelne sygnały w ogóle prewencyjnie nie reagowały. Powtórzył się syndrom wpadki agencji amerykańskich, które przed 11 września 2001 r. miały zamachowców z World Tade Center namierzonych, ale nie przekazywały sobie informacji. Kompromitacją norweskiej policji stała się zaś jej akcja w piątek, gdy przez półtorej godziny nie mogła się dostać na odległą o czterysta metrów tragiczną wysepkę Utoya. W jednym z najbogatszych państw świata nie było w takiej chwili dostępu do helikoptera, a ostatnią łódkę… zabrał morderca, który zużył całą amunicję.
Norweska tragedia to kolejny przykład, gdy zaskoczone i zszokowane państwo reaguje dopiero "po szkodzie". Ot, przykład z branży transportowej — po zamachach 11 marca 2004 r. na kolei, w których zginęło 191 osób, Hiszpania wprowadziła przy wsiadaniu do superekspresów AVE procedury kontrolne jak na lotniskach. A choćby w sąsiedniej Francji do podobnych pociągów TGV po dawnemu wsiada się zwyczajnie. Czyli jest jak w Polsce…