Od czterech lat żyje sobie niespokojnie w antytrendowej niszy. Kaprys, luźna idea, co miesiąc w kioskach.
Prawie dwieście stron w najbardziej popularnym formacie, w sumie jakieś 11,8 mkw. elegancko zadrukowanego papieru. Za niecałe 10 zł czytelnik i oglądacz dostaje ponad kilo lektury magazynu „A4”. W środku aż się gotuje, bo jak na kaprys przystało, „A4” z każdym kolejnym numerem przechodzi mniejszą lub większą ewolucję. I choć wielu przepowiadało mu rychły koniec, rozpycha się w niszy.
— Był to po części spontaniczny pomysł bez szczegółowego biznesplanu — mówi Iwona Czempińska, wydawca, właściciel i od marca redaktor naczelna „A4”.
Tak, jej ojciec to „ten” Czempiński, były szef UOP, obecnie biznesmen. Chwila narodzin „A4” obrosła legendą. Pewne jest, że swoje dołożył Mikołaj Komar, wieloletni naczelny. Tak jest, syn Władysława Komara. Ponoć było tak: poranek na plaży, kac po imprezie i wspólny pomysł. Zróbmy coś niszowego, lifestylowego, ale też antytrendowego, z wyraźnym naciskiem na modę. Komar miał dość „Fluidu”, któremu szefował, Czempińska dostała niezły wycisk w agencjach reklamowych. „Fluid” był zresztą w owych czasach na sprzedaż, ale za horrendalne pieniądze.
Naiwność kosztuje
Wniosek nasuwał się sam: po co przepłacać, skoro można stworzyć coś samemu i lepiej. Pomysł nie umarł wraz z kacem.
— Ten kraj jest na tyle super, że znajdzie się w nim miejsce na różne niewielkie zjawiska — uważa Mikołaj Komar, wraz z którym z „Fluidu” odeszła do „A4” część zespołu.
Na początku plany były minimalistyczne — stworzyć makietę i zainteresować nią któreś z wielkich wydawnictw. Idea cwana, ale nie na ówczesne czasy prasowej recesji.
— Makieta to była inwestycja zabijająca spokojny sen, równa cenie samochodu średniej klasy. A jakby z niej nic nie powstało, to pieniądze zostałyby wyrzucone w błoto — przyznaje Iwona Czempińska.
Biznesplanów nie robiła świadomie, bo czuła, że cyferki i procenty przeraziłyby ją już na starcie. Przez dziewięć miesięcy pomysłodawcy „A4” pukali od drzwi do drzwi. Na próżno.
— Jestem z natury racjonalistą, średnio widzę przyszłość tego interesu. Nie chciałbym, żebyś się załamała po pierwszym niepowodzeniu — powtarzał wtedy córce Gromosław Czempiński.
Trochę dołożył do pierwszych numerów, które Czempińska postanowiła wydać własnym sumptem.
— Zakładałam, że jak produkt trafi na rynek, to wszystko się samo rozkręci, reklamodawcy wezmą nas na celownik. Byłam naiwna — przyznaje właścicielka magazynu.
Nisze rządzą się swoimi prawami. Przez pierwsze dwa lata z hakiem rynek patrzył na „A4” jak na efemerydę, zabawę grupy znajomych, która szybko się wypali. Choćby finansowo. Iwona Czempińska nie łudzi się:
— Przez ten okres zapożyczałam się na potęgę, niemal do każdego numeru dokładałam.
Wyczulone elity
Pomagało nazwisko i koneksje ojca. Dziś zaczęła oddawać, bo magazyn zarabia na siebie. Na stałe pracuje przy miesięczniku kilkanaście osób, drugie tyle współpracuje.
— Przyszedł taki dzień, jak na amerykańskim filmie, kiedy zgłosiło się kilku reklamodawców i podpisało umowy na kilka miesięcy — opowiada redaktor naczelna „A4”.
W niszowej prasie ogłoszenia to podstawa przeżycia. Sprzedaż to raczej wisienka na torcie. W przypadku „A4” klucz jest dość sprytny: wydajemy pismo dla pewnego rodzaju elit, trendsetterów. Rozchodzi się jakieś 15 tys. W Polsce sprzeda się czasem 6 tys., 3 tys. idzie pocztą właśnie do wytypowanych trendsetterów. Do tego 5 tys. znajduje czytelników w Stanach.
— Za oceanem ludzie są bardziej wyczuleni na niszowe tytuły, zwiększenie tam dostaw i wejście do kilku krajów Europy Zachodniej będzie kolejnym etapem rozwoju — uważa Iwona Czempińska.
W marcu tego roku została naczelną magazynu, z którym tym samym rozstał się Mikołaj Komar. Jeden ze współpracowników pisma wspomina, że Czempińska, uporczywa detalistka, miała łzy wściekłości w oczach, gdy odbierała kolejny numer z drukarni. Miał być świetny, był fatalny.
— Mało tematów, czasami niezrozumiałe teksty, sesje na jedno kopyto. Reklamodawcy, czytelnicy i ja, sama od siebie, wymagałam czegoś lepszego — wspomina Iwona Czempińska.
Czescy położnicy
Dziś jest ponoć lepiej, choć niektórzy na tytuł „A4” reagują alergicznie. Że przerost formy nad treścią, dmuchany balon dla warszawki, nic do czytania, może trochę do pooglądania.
— Są pisma, gdzie są same sesje i te dają sobie radę. Jak ktoś szuka lektury, niech sobie kupi „Literaturę na Świecie” — ironizuje Mikołaj Komar, broniąc formuły pisma.
A ta zaczęła ewoluować w stronę słowa pisanego, choć sesje zajmują wciąż bite kilkadziesiąt stron, a robią je uznani zagraniczni i polscy fotografowie. Zdarzają się błędy w pisowni, w składzie, czasem w druku kolory wyjdą zazielenione, innym razem czerwonawe.
— Jesteśmy w jakimś stopniu amatorami, którzy ciągle się uczą — przyznaje Iwona Czempińska.
„Odjechaności” jakby ubyło, choć tematyka prowokuje do małych dawek pretensjonalnych kawałków. W ostatnim numerze, pod tytułem „Czescy położnicy”, kryje się taki oto lead: „Materidouska to audio-wizualny projekt, w którym w sposób wręcz alchemiczny łączą się ze sobą: trip-hop, folklor morawski, cick’n’cut, dziecięcy wokal, performance, psychodeliczne animacje odręcznych grafik i video art”. Trochę jest w „A4” promocji kręgu znajomych królika, czyli cztery strony zdjęć z urodzin redaktor naczelnej i dwustronicowe foto story z jubileuszu Mikołaja Komara.
Pozy i ujęcia
Mocną stroną jest jednak koncepcja. Każdy numer ma temat przewodni, czerwcowy to Invitation (zaproszenie), poprzedni był o klimatach Davida Lyncha. Izba Wydawców Prasy wyróżniła intrygujące i wymowne okładki, na których występują znane aktorki i modelki w niezupełnie konwencjonalnych pozach i ujęciach. Dalej zazwyczaj znajduje się kilka stron reklam, nierzadko przygotowywanych specjalnie przez „A4”.
— Wiem to po sobie, że produkt pokazany w inny sposób ciekawi na nowo — uważa Iwona Czempińska.
Na ekstrawagancką reklamę pozwoliło sobie np. Volvo w przypadku modelu C30 czy Alfa Romeo, promując model Brera kreską współpracującego z pismem Edwarda Dwurnika. A dalej już wieści ze świata mody, kultury i sztuki podane, co trzeba przyznać, w niesztampowy sposób. Niekoniecznie skandaliczny, w żadnym razie trendy. W sam raz dla tych, którzy chcą się wyróżnić z mas, ciężko pracują na swój wysoki status materialny i lubią pomyśleć właśnie o sobie. A Iwonie Czempińskiej trochę długów jeszcze zostało do spłacenia, więc pewnie „A4”, papierowa fanaberia, pożyje jeszcze długo. n
Od Versace do Czempińskiej
Za ocean „A4” zaciągnął Jan-Willem Dikkers, wydawca nowojorskiego „Issue Magazine”. Urodzony w Paryżu trzydziestokilkulatek zaczął wydawać miesięcznik o modzie, fotografii i kulturze już dekadę temu. Kieruje go przede wszystkim do ludzi kreatywnych, szukających inspiracji. Jednocześnie współpracuje z wieloma domami mody, m.in. z DKNY i Versace, dla którego wydaje także „Versace Magazine”. Nie zapomina jednocześnie o „Issue”, który rozchodzi się na całym świecie w nakładzie 40 tys. egz., z czego ponad połowa znajduje czytelników w Europie. Numery wychodzą nieregularnie, za to zawsze dołączona jest do nich płyta CD na przykład z wywiadami z artystą, poetą i zawodowym skaterem, niejakim Markiem Gonzalesem.
Alicja w Polsce
Pierwszy numer „A4” wyszedł we wrześniu 2003 r. Poprzedziła go huczna impreza. Okładka miesięcznika była biało-czarna, na niej brunetka w kraciastej kiecce i w koszulce z anglojęzycznym napisem „Alice in Poland”, gdzie wyraz Poland powstał z przekreślonego częściowo napisu „Wonderland”. Do tej pory na okładkach goszczą kobiety.
Ikona na gali
„A4”, oprócz corocznych urodzin magazynu, organizuje także przy tej okazji rozdanie nagród pod hasłem Ikony A4. W zeszłym roku, na gali w Hotelu Europejskim, jury doceniło charyzmę, osobowość i działalność Wilhelma Sasnala, Gosi Baczyńskiej i Katarzyny Figury. A także Krzysztofa Krauzego i projektanta Wojtka Dziedzica w kategorii odkrycie roku.
Znaleziona forma
Ilustracje autorstwa Edwarda Dwurnika zdobią numery „A4”, a artysta namalował już ponad 3 tys. obrazów. Urodzony w Radzyminie 64-letni malarz planował ponoć za młodu studia w łódzkiej filmówce, chcąc zostać filmowcem. Po zetknięciu się z dziełami Bernarda Buffeta dostrzegł nowe możliwości malarskie. Niedługo potem, po skonfrontowaniu tychże z twórczością Nikifora, odnalazł formę wspierającą realizację własnych pomysłów. Od tego wydarzenia rozpoczęła się jego pasja tworzenia. Wtedy też powstały obrazy zaliczane do cyklów malarskich, takich jak: „Podróże autostopem”, „Warszawa” czy „Sławoszyno”. Maluje do dziś, lubując się w żywych kolorach i kontrastach, skutecznie przyciągając oczy głodne sztuki.
