Pavarotti życzy sobie 2 mln USD

Artur Lisowski, Wojciech Surmacz
opublikowano: 25-06-1999, 00:00

PAVAROTTI ŻYCZY SOBIE 2 MLN USD

Andrzej Haluch, dyrektor i właściciel Warszawskiego Impresariatu Muzycznego, uważa, że na muzyce poważnej tylko nieliczni mogą zarobić. Jak twierdzi, w tym biznesie nie gra się o wielkie pieniądze. Przeciętne honorarium zagranicznego wykonawcy wynosi 2-5 tys. USD. Wyjątkiem bywają supergwiazdy: Luciano Pavarotti za koncert potrafi wziąć 2 mln USD. Wielcy nie mają jednak wpływu na rynek, rządzi nim tzw. masa artystów.

„Puls Biznesu”: Na początku września Orkiestra Krystiana Zimermana rusza w trasę koncertową. Jest Pan jej dyrektorem i organizatorem. Chętnych do pełnienia tych funkcji było podobno wielu. W jaki sposób udało się Panu przebić konkurentów?

Andrzej Haluch: Jeszcze jako szef impresariatu Polskiego Radia korespondowałem z Krystianem Zimermanem. Pan Zimerman szukał osoby niezależnej i nie związanej z żadnymi instytucjami państwowymi. Myślę, że wybrał mnie także dzięki rekomendacji.

— Kto wyłożył środki na realizację tego projektu?

— Krystian Zimerman wziął kredyt w banku szwajcarskim oprocentowany w skali roku na 1 proc. Nie znam dokładnej wysokości kredytu, ale wiem, że było to około kilkuset tysięcy marek. Cały kontrakt zamknie się kwotą kilku milionów marek. Zaangażował ponad stu fachowców od reklamy. Budżet jednego koncertu w Polsce będzie wahać się od 50 do 60 tys. marek. Jak na polskie warunki i taką orkiestrę, uważam, że jest to całkiem umiarkowanie. Myślę, że zarobimy już na sprzedaży biletów, co w naszych realiach należy do rzadkości.

— Czy często zdarza się, że organizuje Pan imprezy, na które bilety rozchodzą się w komplecie?

— Ryzyko istnieje zawsze i nigdy nie wiadomo, jaki będzie efekt końcowy koncertu.

Półtora roku temu zorganizowałem w Sali Kongresowej koncert z udziałem Gheorghe Zamfira. Przygotowywałem go całkowicie na własne ryzyko. Sam wynająłem Salę Kongresową, organizowałem dystrybucję biletów i reklamę koncertu. Większość biletów sprzedaliśmy w dniu występu. Do końca nie byliśmy pewni, czy impreza nam się opłaci.

— Czy takie imprezy opłaci się organizować tylko w Warszawie?

— W stolicy jest największa i najzamożniejsza publiczność. Nie ukrywam, że pewne koncerty organizuje się pod kątem zachowań snobistycznych: dla ludzi, którzy chcą się pokazać. Jeżeli idą na koncert znanego wykonawcy, to cena biletu jest dla nich mało istotna.

— Jak się zarabia na muzyce poważnej? Czy jest to dobry interes?

— Myślę, że na wszystkim można zarobić, wystarczy być w tym dobrym i kompetentnym.

Po pierwsze, to ja pokrywam koszty związane z ubezpieczeniem artysty i jego przyjazdem do Polski. Po doliczeniu swojej marży (z reguły wynosi ona 10 proc. budżetu koncertu), pełne koszty przerzucam na instytucję, która danego artystę zamawia. Nie ponoszę tu specjalnego ryzyka, ale i w grę nie wchodzą wielkie pieniądze. Kwoty, które zarabia się na muzyce poważnej, są nieporównywalne z tymi, które zarabia się na muzyce rozrywkowej. Popatrzmy na wynagrodzenia artystów. Przeciętne honorarium zagranicznego artysty za występ waha się od 2 do 5 tys. dolarów. W porównaniu z wykonawcami muzyki pop, stanowi to jedną setną ich dochodów. Oczywiście i muzyka poważna wykreowała kilka wielkich gwiazd, które mają gigantyczne honoraria. Pavarotti bierze czasami 2 mln USD za występ. Na warunki polskie są to olbrzymie pieniądze. O rynku nie decydują jednak gwiazdy, ale podstawowa „masa” artystów. Ci lepsi zarabiają po około 10 tys. USD za występ. To też nie jest źle, bo gdy taki artysta gra blisko 100 razy rocznie, to jego zarobki nie są małe. Każdy z nich ma swoją stałą stawkę. Można oczywiście negocjować jej obniżenie, nawet do 50 proc., wtedy należy jednak zaproponować większą liczbę koncertów.

— W jaki sposób wybierani są artyści, których sprowadza Pan do kraju?

— Czasami sam kreuję pewne projekty, to znaczy wyszukuję artystów, którzy wygrali jakieś konkursy i są wschodzącymi gwiazdami. Wtedy oferuję różnym odbiorcom ich występy. Druga możliwość to oferty, które przychodzą do mnie od agencji impresaryjnych. Ostatnią formą doboru jest zamówienie, które otrzymuję od jakiegoś polskiego organizatora, który chce konkretnego artystę. Oprócz tego mam własną listę artystów, z którymi podpisałem umowę na wyłączność lub tzw. pierwszą opcję. Należy do nich m.in. orkiestra Agnieszki Duczmal, orkiestra Filharmonii Pomorskiej z Bydgoszczy czy Filharmonia Łódzka. Takie umowy podpisane mam z trzynastoma artystami i sześcioma zespołami. Jestem zobligowany do promowania tych orkiestr w pierwszej kolejności. Wysyłam oferty do sal koncertowych, agencji i festiwali.

— Jak sprzedają się polscy muzycy wykonujący muzykę poważną za granicą?

— W ciągu roku kilkaset polskich zespołów odbywa tournŽe po świecie. Wyjeżdżają również soliści i dyrygenci. Dużo koncertują np. Piotr Paleczny i Konstanty Andrzej Kulka — są wręcz rozchwytywani. Bezkonkurencyjni są oczywiście najwięksi, jak na przykład Krzysztof Penderecki. W sumie wydaje mi się, że sytuacja nie jest zła. Niestety, dużą konkurencją stały się dla nas tanie orkiestry ze Wschodu, które grają za granicą za 1/3, 1/4 przeciętnej stawki koncertowej. Odczuwam to bardzo wyraźnie już od kilku lat.

— Czy państwo wspiera finansowo koncerty muzyki poważnej?

— Państwo faktycznie to robi — poprzez samorządy utrzymuje placówki kulturalne i filharmonie. Organizator imprezy może otrzymać do 30 proc. budżetu dotacji z Ministerstwa Kultury. Bardzo często ministerstwo jednak odmawia, głównie z powodu braku środków finansowych.

— Czy w takim razie — aby zapewnić budżet imprezy — łatwo jest znaleźć chętnych do sponsorowania tego typu przedsięwzięć?

— Sponsorzy są bardziej skłonni dotować muzykę rozrywkową. Oczywiście są firmy, którym zależy na dobrym wizerunku i dotarciu do określonych sfer. Tych firm jest jednak niewiele. Zdecydowanie przodują w tej dziedzinie banki i towarzystwa ubezpieczeniowe.

— Jak długi okres jest potrzebny do wypromowania koncertu i znalezienia sponsorów?

— Z reguły występy dobrych artystów negocjuje się z dwuletnim wyprzedzeniem. Same przygotowania w Polsce to około pół roku. Wiadomo, że firmy zamykają swoje budżety przeznaczone na marketing już w listopadzie. Sponsora trzeba znaleźć najpóźniej jesienią. Przy nazwiskach mniej znanych trzeba planować koncert przynajmniej rok wcześniej.

— Jak ocenia Pan konkurencję na tym rynku w Polsce?

— Impresariatów, które eksportują i importują artystów, jest w Polsce niewiele — około dziesięciu. Największym producentem imprez muzycznych jest Viva Art. Jednoosobowych agencji artystycznych są natomiast setki i tu konkurencja jest bardzo duża.

— Czy ponosi Pan jakieś koszty, w wypadku gdy koncert nie dojdzie do skutku?

— Wszystko zależy od konkretnego kontraktu. Z reguły przyjmuje się jednak, że artyście wypłaca się 50 proc. honorarium. Nie wypłaca się honorarium z powodu anulowania koncertu wywołanego działaniem siły wyższej. W kontaktach z cudzoziemcami pod siłę wyższą staram się „podciągnąć” także brak finansowania ze strony państwa.

— Jak wygląda ten sektor na Zachodzie?

— Jest więcej pieniędzy na rynku, a co za tym idzie więcej agencji pośredniczących. Najbardziej rozbudowany jest rynek niemiecki, właściwie każde duże miasto ma kilka agencji, które zajmują się profesjonalnie taką działalnością. Niemcy są tutaj wzorem nie tylko dla mnie, ale i dla reszty Europy.

— Czy zdarza się, że agencje impresaryjne podkupują sobie nawzajem kontrakty?

— Oczywiście. Zdarza się często, że dwie różne agencje sprzedają tego samego wykonawcę temu samemu organizatorowi za różne pieniądze. Sam znalazłem się kiedyś w takiej sytuacji. Pewien zagraniczny artysta złożył swoją ofertę dwóm różnym agencjom impresaryjnym i siłą rzeczy w niektórych miastach oferty się zbiegły. Ta druga agencja żądała honorariów dwukrotnie wyższych od tych, których rzeczywiście wymagał artysta. Chcieli w ten sposób więcej zarobić. Ja grałem w otwarte karty, zaproponowałem normalne stawki i wygrałem.

“W ciągu roku kilkaset polskich zespołów odbywa tournŽe po świecie. Wyjeżdżają również soliści i dyrygenci. Dużo koncertują np. Piotr Paleczny i Konstanty Andrzej Kulka — są wręcz rozchwytywani. Bezkonkurencyjni są oczywiście najwięksi, jak na przykład Krzysztof Penderecki. W sumie wydaje mi się, że sytuacja nie jest zła. Niestety, dużą konkurencją stały się dla nas tanie orkiestry ze Wschodu, które grają za granicą za 1/3, 1/4 przeciętnej stawki koncertowej”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Artur Lisowski, Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Pavarotti życzy sobie 2 mln USD