Październik miesiącem wolnego inwestowania

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2002-01-22 00:00

Za czasów ustroju powszechnej szczęśliwości ukute zostało pamiętne hasło: „Październik miesiącem oszczędności”. Szczególnie źle wyszli ci, którzy w nie uwierzyli — zresztą nie tylko w to jedno hasło. Dzisiaj nie do uwierzenia, ale nie mieliśmy wówczas nawet banków, tylko kasy — na przykład Powszechną Kasę Oszczędności. To pół biedy, bo kto nie uwierzył — wszystko wydawał, a gdy mu coś zostawało, to zamieniał na dolary i w słoiku zakopywał w ogródku. Obok PKO istniała nawet SKO, czyli Szkolna Kasa Oszczędności, w której — jak to w gospodarce planowej i w dobie kolektywnej rywalizacji — do dobrego tonu należało podejmowanie zobowiązań i przekraczanie planów. Ile to skarbonek świnek zostało potłuczonych, ile awantur odbyło się w domach, by klasa wygrała rywalizację z innymi, zaspokajając chore ambicje opiekuna. Finał zawsze był taki sam: wszystkie oszczędności i tak diabli brali, bo gdy się je podejmowało, to można było kupić za nie mniej cukierków niż gdy się wpłacało.

Dzisiaj banki mamy — to znaczy nie my mamy, ale na rynku funkcjonuje ich bardzo wiele — sytuacja jest zasadniczo inna, ale znowu kluczową rolę ma odegrać październik (jak w przypadku rewolucji, która miała miejsce w listopadzie, ale zwana jest październikową). Otóż główny negocjator z Unią Europejską, Jan Truszczyński, zapowiedział, że od października 2002 r. Polska zniesie ograniczenia w przepływie kapitału krótkoterminowego. Ni mniej, ni więcej oznacza to, iż będziemy mogli zakładać za granicą konta osobiste i firmowe, zaciągać kredyty oraz grać na giełdach. Jednym słowem staniemy się pełnoprawnymi członkami międzynarodowej społeczności finansowej i kapitałowej. Oczywiście takie same prawa do rynku polskiego, na zasadzie wzajemności, nabędą cudzoziemcy.

Z pewnością jest to w przepisach i unormowaniach przełom, wynikający z naszych wcześniejszych umów z UE i OECD. Do tej pory, by oficjalnie otworzyć rachunek walutowy w innym kraju, koniecznie trzeba było uzyskać zezwolenie NBP. I chociaż nie było to takie trudne, to z możliwości tej skorzystało w ubiegłym roku zaledwie kilkadziesiąt osób i kilkaset firm. Jaka była skala zjawiska zakładania za granicą kont bez spełnienia formalnych wymogów — tego nikt nie podejmuje się oszacować.

Przełom przełomem, ale mówienie o październikowej rewolucji jest przesadą. Dlaczego? Albowiem sama możność to odrobinę za mało:

- Bardzo dobrze, że będziemy mogli lokować oszczędności w bankach całej Europy, ale... kto się na to zdecyduje, jeżeli tam oprocentowanie lokat 12-miesięcznych waha się w granicach od 0,5 do 1,5 proc.

- Wspaniale, że będziemy mogli starać się o kredyt w dowolnym banku któregoś z krajów unijnej „piętnastki”, tyle że nam tego kredytu bank nie przyzna, bo nie mamy zdolności kredytowej (jeżeli tam nie mieszkamy i nie pracujemy).

- Fantastycznie, że już w tym roku będziemy mogli grać na giełdzie w dowolnym kraju, tyle tylko że... Kilka lat temu, gdy nasz pionier na rynku funduszy inwestycyjnych trwale przynosił ujemne wyniki, bezsilne obserwowanie 80-procentowych miesięcznych przyrostów w skandynawskich funduszach high-tech mogło przyprawić o zawał serca, a teraz... Przyszłość pozostaje niewiadomą, ale gdyby się pokusić o prognozę — to większe szanse na wzrosty należy dać jednak rynkowi polskiemu. Ponadto, mimo życia w globalnej wiosce, o tamtych rynkach zwyczajnie wiemy mniej.

Na koniec zła informacja dla tych, którzy chcieliby uciec za granicę przed Belką i podatkiem od zysków z oszczędności: w większości krajów Europy jest z tym podatkiem gorzej niż u nas. Jeśli więc jest tak, jak jest, to po co mamy „jeść tę żabę”? Ano zawsze jest nadzieja, że za teoretyczną możnością pojawi się rzeczywista możliwość — również zakupu posiadłości na Riwierze.