Za pierwszym razem zajechaliśmy do Winebaru na bardzo wczesny lunch. Do tego w kominiarkach. Głównie dlatego, żeby Jerzy Kruk (wybitny polski sommelier) nas nie rozpoznał. Byłyby jakieś niepotrzebne podejrzenia o smakowe przeszpiegi. O wina się tam akurat nie martwiliśmy, dobrych są tam całe stada. Dla sprawdzenia potrawy zamówiliśmy wtedy kalmary z figami (23 zł). Niespotykana, ale świetna smakowo kombinacja. Swoją drogą, jedno z niewielu dań, które trwają tam codziennie napisane kredą na tablicy. Większość jest wycierana. Pojawiają się w ich miejsce nowe. Kiedy wpadliśmy tam ponownie — przyfrunęła właśnie perliczka (64 zł). Właściwie jej pierś z musem z nogi. Prawdziwa kulinarna akrobacja. Z miętą, morelą i delikatnym cynamonem. Także papryczką, by leciutko wyostrzyć smak.
Do towarzystwa zaproponowano amerykanina z wysokiej półki. Pinot Noir, 2005, Willamette Valley, Domaine Drouhin, Oregon (kieliszek 44 zł). Podejrzewaliśmy, że perliczka radośnie zatrzepocze skrzydełkami. Ale czy to samo zrobią inne dodatki? Do końca nie było pewności. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że tak. Mimo wszystkich czających się zza winkla ostrych smaków. Zastanawialiśmy się długo, co połączyło całe to bractwo. W końcu doszliśmy do wniosku, że ulubiony aromat Pinot Noir — powiew trufli. Chytrze się ukrył w aromatyzowanym ziemniaczku.
Stanisław J. Majcherczyk
