Peru Joanny Sebzdy-Załuskiej

Wysłuchała Danuta Hernik
opublikowano: 28-03-2019, 22:00

Partner zarządzający GWW Legal wspomina wyprawę nazwaną Duchową Tradycją Inków. Jej uczestnicy poznawali historię miejsc, które zwiedzali, a jednocześnie dyskutowali na różne tematy.

Nasz wyjazd do Peru różnił się od innych tym, że nie tylko chcieliśmy zwiedzić ciekawe miejsca, lecz także spędzić ten czas na medytacjach, dyskusjach, poznawaniu innych ludzi, weryfikowaniu — być może, choć nieobowiązkowo — swoich przekonań. W dzisiejszych czasach często można się spotkać ze stwierdzeniem: „Właściwie mam wszystko — rodzinę, spełnienie zawodowe, finansowo też nie jest źle, a mimo to, w codziennym zabieganiu, coś mi umyka”. Zastanawiamy się, czego nam zabrakło. Może trochę skupienia na sobie, ułożenia priorytetów, otwarcia się na inne światopoglądy i skonfrontowania ze swoimi przekonaniami?

Wyświetl galerię [1/10]

Fot. Maciej Załuski

Byliśmy grupą ludzi różnych profesji, w różnym wieku, z różnych krajów i o różnych światopoglądach. Łączyła nas otwartość, chęć poznania się i wymiany poglądów. Ponadto potrzeba wyciszenia i rozwoju duchowego w formule spotkań połączonych z podróżą, bo była to także wspaniała wycieczka — zobaczyliśmy piękne miejsca, choć patrzyliśmy na nie z nieco innej, duchowej, strony. To bardzo ciekawe doświadczenie, z którego każdy może wybrać coś dla siebie.

Organizatorzy tej wyprawy, Katarzyna Świstelnicka i Piotr Kaliński, prowadzą Instytut Świadomości Kwantowej, a w nim różne warsztaty. Organizują też wyprawy duchowe, od 2019 r. także do Bośni. Ja i mój mąż uczestniczyliśmy w pierwszej takiej wyprawie do Peru, w listopadzie 2017 r.

Cusco. Podróż do dawnej stolicy imperium Inków, Cuzco (także Cusco), trwała 30 godzin. Z Berlina dolecieliśmy do Amsterdamu, następnie stolicy Peru Limy, stamtąd przeszliśmy na lokalne lotnisko, gdzie czekaliśmy osiem godzin na samolot do Cuzco, do którego loty nie są częste, chociaż uważane jest za turystyczną stolicę kraju. Hotelik był bardzo starannie wybrany, ładny, z pięknym ogrodem, w którym stał duży stół z kanapą dokoła, gdzie można było się spotykać i rozmawiać. W środku mieściła się sala z kominkiem i w razie deszczu mogliśmy się tam przenieść. Deszcz w Peru to zjawisko samo w sobie — spada nagle, trwa krótko i nagle ustaje.

Cuzco było naszą bazą wypadową do bliższych i dalszych wycieczek. Miasto, na wysokości prawie 3500 m n.p.m., założył w XII w. Manco Capac, pierwszy władca Inków. Legenda głosi, że bóg słońca Inti zesłał na ziemię swoje dzieci, z których Manco Capac okazał się najmądrzejszy i został przez Indian wybrany księciem i pierwszym Inką. W języku quechua Cuzco znaczy pępek świata. Niestety, piękne miasto zostało zniszczone w czasach konkwisty, gdy Hiszpanie równali z ziemią budowle inkaskie i stawiali swoje, katolickie.

Dziedzictwo miasta jest jednak niezwykle bogate i zostało w nim bardzo dużo do zwiedzania. Pamiątki kultury inksakiej znalazły się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Przepiękna świątynia słońca Coricancha, historycznie jedno z najważniejszych sanktuariów inkaskich, miejsce koronacji i pochówku władców Inków. Podobnie jak inne budowle inkaskie wzniesiona z idealnie dopasowanych bloków kamiennych. Jej ściany były pokryte złotem. Stanowiła symbol potęgi i bogactwa Inków. Za swojej świetności kompleks składał się z kilku świątyń i Złotego Dziedzińca, gdzie mieściły się szczerozłote wizerunki roślin i zwierząt o niewyobrażalnej wartości i sanktuarium boga słońca Inti, kryjące kolejne złote skarby, m.in. ogromny dysk wyobrażający słońce i dziesięć tronów sarkofagów, na których spoczywały zmumifikowane szczątki kolejnych inkaskich władców (królowe miały własną nekropolię w świątyni księżyca). Niestety żołdacy Pizarra splądrowali Coricacha i skarby wywieźli do Hiszpanii. Legenda głosi, że złoto ze ścian świątyni zostało zdarte na okup za władcę Atahualpę, podstępem uwięzionego przez konkwistadorów, ale choć oddano Hiszpanom tony złota i srebra, nie ocaliło mu to życia.

Na terenie kompleksu świątyni słońca postawiono klasztor dominikanów.

W mieście jest też sporo zabytków konkwisty, głównie kościoły i klasztory, m.in. kościół La Compañia de Jesús z 1571 r., zbudowany na fundamentach pałacu władcy Inków Huayna Kapaka, albo katedra, gdzie pochowano Garcilaso de la Vega, kronikarza Inków, żyjącego na przełomie XVI i XVII w. Był synem hiszpańskiego konkwistadora i inkaskiej księżniczki. Języka przodków nauczył się od matki, która zobowiązała go do spisania ich historii. Poświęcił na to niemal całe życie, a jego dzieło jest fundamentalnym źródłem wiedzy o starożytnej cywilizacji Peru.

Do odwiedzenia są również place Plaza de Armas i Plaza San Francisco oraz targ San Pedro. Można tam kupić miejscowe produkty spożywcze, przyprawy, kilkadziesiąt odmian ziemniaków i rodzajów kasz, mięso i wyroby mięsne oraz setki rodzajów owoców, m.in. wiele odmian bananów, fantastyczne mango, a nawet takie, jakich wcześniej nie widziałam. Można się napić świeżo wyciskanego soku. Niesamowite wrażenia kolorystyczne. Owoce w Peru smakują jak nigdzie indziej.

W pobliżu Cuzco można zobaczyć m.in. Sacsayhuamán — kompleks murów tarasowych, które przypuszczalnie za czasów inkaskich były częścią twierdzy. Z lotu ptaka kształt murów i stara część Cuzco wyglądają jak głowa pumy z rozwartym pyskiem. Mury zbudowane są w zygzak, a do ich postawienia użyto ogromnych głazów dopasowanych idealnie bez użycia zaprawy. Największy z nich, jak mówią przewodnicy, to 350-tonowy kolos dziewięciometrowej wysokości. Mury pochodzą prawdopodobnie z XV w. Precyzja obróbki kamiennych bloków zdumiewa, a jej tajemnica nie została odkryta do dziś. Biorąc pod uwagę, że głazy są granitowe, a więc bardzo twarde, trudno sobie wyobrazić, jakich narzędzi używali budowniczowie. Tym bardziej ciekawi to, że budowle inkaskie są odporne na trzęsienia ziemi.

Obyczaje i tradycja. Peruwiańczycy niemal do wszystkiego dodają kokę. Herbata z koką, cukierki z koką, guma do żucia z koką... W hotelu już na powitanie dostaje się też liście koki do żucia. Bardzo dużo osób, w szczególności miejscowi, je żuje. Spróbowałam raz, ale są gorzkie i zupełnie nie przypadły mi do gustu. Dlaczego turyści zawsze dostają herbatę z koką? Obniża łaknienie i łagodzi objawy choroby wysokościowej (która szczęśliwie mnie ominęła).

Raz w tygodniu w Cuzco jest parada, dzięki której można podziwiać barwne miejscowe stroje, np. z wełny alpaki, i kobiety w nieodzownych melonikach. Po placu chodzą sobie lamy i alpaki przystrojone w kolorowe chusty i wstążki. Alpaki, zwłaszcza młode, są piękne jak maskotki. Niestety, za zdjęcia z nimi trzeba płacić. W zasadzie za wszystko trzeba płacić, z wyjątkiem krajobrazu, ale warto. Miejscowi ludzie są mili i życzliwi, choć często żyją w trudnych warunkach.

Wszędzie sprzedają gałązki Palo Santo (świętego drzewa). Mieszkańcy Ameryki Południowej wierzą w cudowną, leczniczą moc oleju z tego drzewa. Ma przyjemny, ożywczy zapach. Drewno do celów rytualnych stosowane było już przez Inków. Peruwiańczycy palą kadzidełka Palo Santo w domach, przekonani, że dym wypełnia pomieszczenia dobrą energią. Palo Santo jest chronione prawem, nie wolno go ścinać. Upadłe drzewa muszą leżeć kilka lat, by ich soki się skrystalizowały — wtedy są najwartościowsze. Mówi się, że jeśli raz poczujesz zapach Palo Santo, zawsze go rozpoznasz.

Pod dachem nieba. W Andach przebywaliśmy na ponad 4000 m n.p.m., co zresztą odczuliśmy w różnych formach dyskomfortu aklimatyzacyjnego, m.in. bólu głowy. Odwiedziliśmy jedno z tradycyjnych plemion Quechua, żyjących tak wysoko, w skrajnie trudnych, surowych warunkach. To nieliczna grupa, spotkaliśmy jedynie kobiety z dziećmi. Mężczyźni schodzą do pracy w niższe rejony, pracują np. na kolei. Uprawa ziemi na tej wysokości jest bardzo trudna, pozostaje trochę zwierząt hodowlanych i wszechobecne świnki morskie, które same dbają o siebie, a ostatecznie kończą jako tamtejszy przysmak.

Lepianki przyklejone do zboczy. W tych „górskich gniazdach” lub przed nimi kobiety zajęte rękodziełem i prowadzeniem gospodarstwa, wyglądające w dal, w oczekiwaniu na starsze dzieci wracające ze szkoły. Maluchy poubierane wielowarstwowo, brudne, ale zdrowe, z czerwonymi od wiatru buziami, biegały po skałach same, praktycznie bez opieki. Wychodziły też na drogę, którą przyjechaliśmy. Mieliśmy dla nich prezenty, ale też pojawiły się wątpliwości — czy to dobrze uczyć te dzieci wybiegania na drogę i oczekiwania podarunków?

Wokół piękna, surowa przyroda, skalne rozpadliny, maleńkie skrawki ziemi do uprawy, wyżej majestat gór... Ogromne przeżycie. Przewodnik Quechua (językiem quechua, którym mówią plemiona indiańskie Andów, posługiwali się też Inkowie) powiedział nam, że to już ostatnie pokolenia mieszkające wysoko w górach, bo skoro ich dzieci chodzą do szkoły, to raczej nie będą chciały tam zostać, wybiorą życie w mieście.

Machu Picchu. Jeden z siedmiu cudów świata znajduje się niewiele ponad 100 km od Cuzco, w Andach, na około 2400 m n.p.m. Tajemnicze miasto słońca: Machu Picchu.

Ruiny miasta zwiedzaliśmy jednego dnia, nazajutrz — zależnie od indywidualnego wyboru — wchodziliśmy na jedną z gór, Machu Picchu lub Huayna Picchu (Wayna), w których przełęczy znajduje się najlepiej zachowane miasto Inków (zachowane dlatego, że Hiszpanie nie znaleźli go przez wieki). Odkrył je w 1911 r. amerykański uczony Hiram Bingham. Chociaż przewodnicy peruwiańscy śmieją się, że nie można odkryć czegoś, co było znane wcześniej Peruwiańczykom. Miasto pośród gór zostało zbudowane z wykorzystaniem naturalnych skał i półek skalnych — na tarasach.

Najwyższa część była miejscem dla pałaców i świątyń, terenem kultury i religii. Niżej znajdowały się domy mieszkalne. Ziemię uprawiano poniżej miasta, na tarasach szerokości do 4 m. Pozwalały wyżywić mieszkańców, których było ponad tysiąc. System kanałów wykutych w skałach rozprowadzał wodę, a komunikację w mieście położonym na wielu poziomach zapewniały niezliczone schody. Miasto wybudowano w XV w. a już sto lat później, z niewiadomych przyczyn, zostało opuszczone przez mieszkańców. Mieszkają tam jedynie lamy.

Jeśli chodzi o wspinanie się na góry otaczające Machu Picchu, to Wayna jest trudniejsza, ponieważ jest bardzo stroma i są tam słabe zabezpieczenia. Naturalnie liczba wejść i godziny udostępnienia dla turystów są limitowane. Kiedy już się dojdzie na szczyt, to po 2-3 minutach trzeba schodzić, żeby zrobić miejsce następnym. Wybraliśmy Machu ze względu na zamiłowanie męża do fotografowania. Tam jest miejsce i możliwość robienia zdjęć. Chociaż również na ten szczyt liczba wejść jest limitowana. Wspinaczka na Machu to marsz po kamiennych schodach. Widoki jednak warte są tego wysiłku. Niestety, wchodziliśmy w strugach deszczu, co zdarza się tam dość często. Z góry widać dżunglę. Bliżej ruiny Machu Picchu. Jest przepięknie. Gdyby nie strugi deszczu, zatrzymywalibyśmy się częściej i na dłużej, by się napatrzeć. W drodze powrotnej trud wynagrodziła nam piękna tęcza, która pojawiła się nad ruinami.

Z Cuzco do Machu Picchu najlepiej jechać koleją. Jazda trwa kilka godzin.

Czas na rozmowy. Program turystyczny naszej wyprawy do Peru zostawiał nam czas na spotkania i rozmowy, wymianę opinii na różne tematy — od dotyczących życia wysoko w Andach czy inkaskich obrzędów (m.in. ofiar składanych z ludzi) po bardziej ogólne, np. pojęcie wolności (ten temat wypłynął przy okazji wycieczki do wioski w wysokich Andach). Moje przekonania nie zmieniły się po tym wyjeździe, ale zyskałam inną perspektywę, większą uważność, przywiozłam bagaż nowych doświadczeń i nowych przyjaciół.

Joanna Sebzda-Załuska - Radca prawny, partner zarządzający GWW Legal. Z kancelarią GWW współpracuje od 2008 r., a od 17 sierpnia 2017 r. jest jej prezesem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wysłuchała Danuta Hernik

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy