Konferencje prasowe po zamkniętych rozmowach polityków zazwyczaj są nudne, ponieważ ich uczestnicy przestrzegają dyplomatycznej poprawności i uciekają od konkretów. Wczorajsze spotkanie czterech premierów Grupy Wyszehradzkiej na zamku w Bratysławie, rozszerzone o Jose Socratesa, premiera Portugalii obejmującej od 1 lipca prezydencję Unii Europejskiej, zakończyło się jednak nietypowo. Wreszcie opadły dyplomatyczne maski i trochę się dowiedzieliśmy, co kto o kim sądzi.
Wyszehradzki szczyt był dawno planowanym spotkaniem na zakończenie rocznego przewodnictwa grupy — od 1 lipca Słowacja przekazuje pałeczkę Czechom. W kilku wątkach cztery państwa potwierdziły pełną zgodność — uważają za konieczne dotrzymanie terminu powiększenia granicznej strefy Schengen, wspólnie będą naciskać na USA w kwestiach wizowych, chcą rychłego poszerzenia UE o Ukrainę. Ale trudno się dziwić, że w Bratysławie tematem pierwszoplanowym stał się rozpoczynający się w czwartek nerwowy szczyt Rady Europejskiej.
Dziennikarzom udało się wyciągnąć z rządzących polityków, jaki jest ich stosunek do sporu o system liczenia głosów w UE. Słowacki premier Robert Fico i węgierski Ferenc Gyurcsány zdecydowanie opowiedzieli się za propozycją niemiecką. Premier Mirek Topolánek zachował się jak na Czecha przystało — stwierdził, że jednakowo popiera… wszystkie kompromisowe propozycje, czyli niemiecką, polską, holenderską etc. — a tym samym zdementował pogłoski o trzymaniu z nami. Generalnie szefowie rządów małych państw dali braciom Kaczyńskim do zrozumienia, że boją się otwarcia puszki Pandory i dlatego nie zamierzają tykać tego, co w 2004 r. zostało podpisane w traktacie konstytucyjnym w Rzymie, niezależnie od zawiłych losów jego ratyfikacji. Doskonale rozumieją, że ważenie głosów jest zaledwie jednym z elementów instytucjonalnego konsensusu, obejmującego m.in. sprawy tak ważne, jak przydział tek unijnych komisarzy oraz mandatów w Parlamencie Europejskim — i boją się stracić to, co mają.
Do tez, które postawili Robert Fico (rocznik 1964) i Ferenc Gyurcsány (rocznik 1961), bardzo krytycznie odniósł się Jarosław Kaczyński (rocznik 1949, akurat wczoraj bracia Kaczyńscy obchodzili 58. urodziny). Publicznie ich przestrzegł „przed elementami retoryki, którą słyszałem tutaj podczas obrad”, oraz dodał „prosiłbym kolegów, żeby więcej tego nie robili, zwłaszcza podczas Rady Europejskiej”. Było to pouczenie w obyczajach dyplomatycznych wręcz niesłychane. Naprawdę trudno mi było uciec od skojarzenia, że oto na forum międzynarodowe przeniesione zostały obyczaje IV RP — wzajemne połajanki premiera oraz wicepremierów Leppera i Giertycha na konkurencyjnych konferencjach prasowych. Później, już w gronie mediów polskich, Jarosław Kaczyński doprecyzował, że zwracał się do „młodych ludzi, którzy zostali premierami”, ponieważ zauważył „pewne różnice w rozwoju politycznym”.
Czym tak podpadli owi nieopierzeni premierzy? Abstrahując od sposobu, w jaki Fico i Gyurcsány doszli do władzy — bo niewątpliwie jest to temat na długie opowiadanie — obaj stwierdzili, że dla statystycznego obywatela ich państw całe to rozdzieranie szat nad głosowaniem podwójną większością czy też pierwiastkiem jest czystą abstrakcją. I zaapelowali, aby Unia przestała się zajmować sama sobą, ponieważ są tematy dużo ważniejsze dla ludzi — gospodarczy i cywilizacyjny skok do przodu, wdrożenie strategii lizbońskiej, szybkie wprowadzenie euro (Fico podał termin 1 stycznia 2009 r.) i takie tam drobiazgi.