Piwny szczyt snobizmu

Jacek Konikowski
opublikowano: 2008-03-28 00:00

Mieszkańcy miasta szczycą się paroma — prawdopodobnie najlepszymi — rzeczami w Danii. Nawet na świecie. A przynajmniej — najdziwniejszymi.

Nieprzewidywalne miasto. Łatwo tu stracić życie pod kołami roweru oraz znienawidzić śledzie i kanapki.

Mieszkańcy miasta szczycą się paroma — prawdopodobnie najlepszymi — rzeczami w Danii. Nawet na świecie. A przynajmniej — najdziwniejszymi.

W Kopenhadze jest najdłuższy w Europie deptak handlowy: StrĮget (prosty) — 1,2 km zakupowego szaleństwa. Nieopodal leży park rozrywki Tivoli. Nie jest największy, za to ma atrakcje nie lada: Demona — największy i najszybszy rollercoaster w Danii — oraz najwyższą na świecie, 80-metrową karuzelę. Dodatkową atrakcją jest wysokość opłat za wstęp — ponad 130 zł.

Konie w browarze

Kiedy dzieciarnia piszczy ze strachu na karuzeli, rodzice mogą spokojnie sięgnąć po narodową dumę Danii — piwo. Prawdopodobnie najlepsze na świecie. Warzone — prawdopodobnie — w najdziwniejszym browarze na świecie. Bo Kopenhaga to jedyna stolica, w której wznosi się latarnia morska, ta zaś pozostaje jedyną na świecie stojącą pośrodku browaru. Jedynego na świecie, którego bramy pilnują słonie z granitu, a znakiem firmowym była — przez długi czas — swastyka. I to w czasach, gdy Adolf Hitler brykał na bujanym koniku. Mowa o browarze Carlsberga, tym od „prawdopodobnie najlepszego piwa na świecie”.

Czy jeden z kilkunastu gatunków warzonego tu od wieków trunku jest naprawdę taki, trudno powiedzieć po wypiciu kilkunastu butelek na lunch, jak to zawżdy czynili miejscowi pracownicy. Jedno jest pewne — to prawdopodobnie najdziwniejszy browar świata. Może się mylę, ale w jakim innym browarze pracownik dorzuca co rano świeżego siana koniom w firmowej stajni? W istocie to żywy fragment ekspozycji poświęconej duńskiej tradycji warzenia piwa. Nie słyszałem też o browarach, w których byłby ogród botaniczny. A tu jest, bo był konikiem założyciela browaru Jacoba Christiana Jacobsena, który z całego świata zwoził tu najdziwniejsze rośliny, drzewa i krzewy. Znawcy przyrody mogą być zaskoczeni, widząc pod typową Pinus sylvestris (sosna zwyczajna) tabliczkę informującą, że wbrew pozorom jest to Picea bies (świerk pospolity). Bo przed laty wnukowie właściciela browaru — chłopcy w krótkich spodenkach i z procami w kieszeniach — dla psikusa pozamieniali tabliczki z nazwami roślin. Tak skutecznie, że do dziś specjaliści mają problemy z naprawieniem tej psoty.

Wracając do browaru. Jedynie profesor geodezji domyśli się, że stoi on na jednej z najwyższych gór Danii. To zarazem jedyna góra na świecie, na którą można wejść i zejść z niej, nawet o tym nie wiedząc. Ma prawie 110 m, a od najwyższej w kraju — Yding Skovhoej — dzieli ją raptem 60 m. Duńczycy są z niej dumni. Nieprzypadkowo nazwa browaru pochodzi od słów Carl (imię pięcioletniego wówczas syna Jacobsena) i Berg, co po duńsku znaczy góra.

Po „wyczerpującej” wspinaczce do browaru warto zajrzeć do duńskiego pubu. W Kopenhadze jest ich tyle, co rowerów. Bez liku. Tradycyjne „mordownie” gdzieś w dzielnicy Christiania albo sztywniejsze i droższe na Vestergade czy NĮrrebro.

Dwao/l proszę

Brytyjczycy czy Niemcy też nie wylewają za kołnierz, jednak stosunek do piwa mają zupełnie inny niż Duńczycy. Choćby zamawianie. Duńczyk nie ryknie grubiańsko „Bier!” — niczym niedźwiedź ze Szwarcwaldu. Jego „Įl!” brzmi raczej jak popiskiwanie grenlandzkiego pingwina. Niemiec czy Anglik wleją w siebie wszystko. Duńczyk będzie grymasił. Wystarczy przejść się po pubach w Vesterbro (dzielnica rozrywki), po zachodniej stronie dworca kolejowego, żeby usłyszeć: „Wiesz, Christian, wyczuwam w tym browarku delikatną nutę akacjowego miodu. Tak? A ja, drogi Gustawie, lubuję się w nucie korzennej”.

Zwłaszcza w Kopenhadze modne są piwa smakowe, z małych browarów, warzone na konopiach indyjskich lub miodzie.

Rzecz jasna, tam, gdzie piwo, musi być i smorrebrod. O ile w dziedzinie piwnych libacji Duńczycy sięgnęli wyżyn snobizmu, o tyle ich kuchnia wciąż tkwi w czasach wikingów. W Kopenhadze jest mnóstwo świetnych restauracji, jak choćby wykwintna Bistro Moderne w środku miasta, prowadzona przez Gang Olsena (trzech byłych pracowników Olsena, znanego duńskiego restauratora). Albo Restaurant Sult w Duńskim Instytucie Filmowym; jej nazwa pochodzi od tytułu powieści Knuta Hamsuna. Nieważne, wszędzie dostaniecie to samo — kanapkę w kilkuset odmianach. Bo smorrebrod to narodowy specjał duński. Jego skład nie jest tajemnicą: chleb razowy, cienka warstwa masła, morze majonezu i sosu tatarskiego. W tym delikatne płatki mięsa albo ryby, albo i mięsa, i ryby. Do tego piwo.

W poszukiwaniu czegoś innego niż smorrebrod warto zajrzeć do starej fabryki Tuborga nieopodal Copenhagen Island Brygge. Dwaj artyści, Nikolaj Danielsen i Mette Sia Martimussen, stworzyli tu nietypową restaurację, łączącą sztukę kulinarną z teatralną. Powiem tyle — nigdy jeszcze jedzenie nie poruszyło wszystkich moich zmysłów.

Eksperyment socjalny

W Kopenhadze żyje się na luzie. Dyrektor banku jadący na rowerze nikogo nie dziwi. A widok pięknej kobiety w ciuchach jak z lumpeksu — tylko buraków, nieznających się na modzie vintage. Stolica Danii tętni kosmopolityzmem. Nikt tu nie wpada na słup na widok Eskimosa idącego pod rękę z Wietnamczykiem. Jeżeli obaj są facetami, zapewne zmierzają do jednego z klubów na Vesterbro, a jeżeli noszą bluzy z kapturem i palą jointy — na bank mieszkają w południowej części Christianshavn, w dzielnicy zwanej Christiania. Ciekawe miejsce, w które lepiej się nie zapuszczać nocą. 30 lat temu hipisi zajęli porzucone przez wojsko baraki w porcie Christianshavn i ogłosili utworzenie wolnego miasta. Z całego świata zjeżdżali tu anarchiści, punkowcy, wywrotowcy, dzieci kwiaty i brodacze. Przestępcy i prostytutki. Mieszkali w skleconych z byle czego domach. Z czasem pobudowali przedszkola i szkoły dla swych dzieci. Kilka tysięcy ludzi na 40 ha cieszyło się wolnością palenia trawki przed swymi domami. Dzisiaj cieszy się niespełna 900. Mają własne prawo, flagę i walutę (jointy). W Christianii nie wolno jeździć samochodem, kraść, strzelać ani nosić kamizelek kuloodpornych. Nie wolno fotografować ani filmować. Za to można palić trawkę. Do kupienia u handlarza na Pusher Street (ul. Dilerów) za 50 koron (1 korona — 0,48 zł) — targując się wytrwale można zejść do 30 koron. A że w Danii narkotyki są zakazane, przed każdym domem ujadają psy. Ostrzegają przed obcymi, zwłaszcza policją. Ale dzisiejsza Christiania jest mimo wszystko nieco inna od pierwotnej. Domy co prawda wyglądają koślawo, ale ich wnętrza kryją często eleganckie lofty. W wielu działają pracownie artystyczne. W „centrum” któryś ze squatersów założył nawet szykowny salon rowerowy. Władze tolerują Christianię. Wolą ją mieć w jednym miejscu, z dala od centrum, niż rozlaną na ulicach miasta. Oficjalnie nazywają ją „eksperymentem socjalnym”.

Kopenhaga urzeka atrakcjami. Tydzień to za mało, by zwiedzić co ciekawsze muzea i galerie czy inne ciekawostki. Kilku wszak nie warto, bo rozczarują. Choćby Mała Syrenka. Ona rzeczywiście jest mała, choć da się ją dostrzec znad tłumu azjatyckich wycieczek, które o każdej porze dnia pstrykają jej zdjęcia swymi małymi, azjatyckimi aparacikami.

Warto za to zwiedzić 400- -letni park Bakken w Klampenborg, kilka kilometrów pod Kopenhagą. Co roku pod koniec lipca obraduje tu Światowy Kongres Świętych Mikołajów pod patronatem Santa Claus Greenland. Wybierają spośród siebie Mikołaja Roku i debatują o problemach swej pracy. Czemu w lipcu?