PKO/HANDLOWY PTE CHCE BYĆ NA PODIUM

Katarzyna Ostrowska
opublikowano: 1999-01-14 00:00

PKO/HANDLOWY PTE CHCE BYĆ NA PODIUM

Szefowie towarzystwa emerytalnego głęboko wierzą, że będą w pierwszej trójce PTE

PKO/Handlowy PTE nie ma wątpliwości, że będzie w ścisłej czołówce funduszy. Krzysztof Lutostański wierzy bowiem głęboko w zaufanie, jakim potencjalni klienci darzą jego głównych akcjonariuszy, czyli PKO BP i Bank Handlowy. Problem jednak w tym, że swoją wiarę w sukces na podobnych założeniach opierają szefowie PZU, Pekao czy Pioneera.

Jeżeli Polacy przy wyborze otwartego funduszu emerytalnego postawią na znane marki, to — zdaniem Krzysztofa Lutostańskiego, prezesa PKO/Handlowy PTE — jego towarzystwo ma ogromne szanse na sukces. Łączy ono bowiem w sobie wieloletnią tradycję PKO BP, największego banku w Polsce, oraz Banku Handlowego w Warszawie, pierwszego banku komercyjnego.

— Patrząc na to w ten sposób —mam dwie solidne sztabki złota. Podstawą sukcesu naszego funduszu jest jednak powodzenie całej reformy. Ryzyko związane z inwestycjami oraz obsługą kilku milionów osób ponoszą natomiast prywatne przedsiębiorstwa — uważa Krzysztof Lutostański.

Pretendentów do czołówki jest jednak więcej. Równie dobre samopoczucie mogą mieć także prezesi takich towarzystw, jak: Pioneer, PBK, PZU czy Pekao.

Rynek dla ośmiu

Prezes PKO/Handlowy PTE twierdzi, że za trzy do pięciu lat na rynku emerytalnym pozostanie najwyżej sześć do ośmiu dużych funduszy.

— Fundusz musi mieć wystarczająco dużą liczbę członków, aby utrzymać niskie koszty stałe i świadczyć usługi odpowiedniej jakości — przekonuje Krzysztof Lutostański.

Uważa on przy tym, że obecnie nie można z góry określić kosztów stałych funduszu.

— Dopiero za trzy lata, obserwując kilka dużych PTE, będziemy mogli sprawdzić, jakie są stałe koszty obsługi jednego klienta funduszu i ilu członków powinien taki fundusz mieć, aby opłacało mu się działać — twierdzi prezes.

Uczciwość akwizytorów

Zarząd PKO/Handlowy PTE będzie zalecać swoim akwizytorom, żeby w kontaktach z klientami ograniczali się wyłącznie do udzielania konkretnych informacji.

— Ludzie będą potrzebowali głównie informacji, a nie reklamy, natarczywego szarpania za rękaw. Moim akcjonariuszom taka agresywna reklama nie jest potrzebna.

Prezes Lutostański twierdzi też, że agenci „sprzedają” również swoje nazwisko, uczciwość i będą musieli ludziom, których namówili na emerytury, patrzeć potem w twarz przez kilkadziesiąt lat.

— Dlaczego mam zakładać, że dla pieniędzy ludzie są w stanie poświęcić wszystko? Zobaczymy, czy warto stawiać na czele dużych instytucji gospodarczych ludzi o idealistycznym podejściu — przekonuje Krzysztof Lutostański.

System to nie wyścigi

O wysokości opłaty za zarządzanie będą decydowały: struktura inwestycji oraz umiejętności osób podejmujących decyzje inwestycyjne, a w dłuższym czasie — także koszty PTE. Każdy, kto dzisiaj kusi bardzo niskimi kosztami, będzie musiał w przyszłości te opłaty podnieść, bo inaczej nie utrzyma się na rynku. Natomiast zaczynając od wysokich opłat, będzie je mógł stopniowo obniżać.

— Funkcjonowanie towarzystw emerytalnych nie polega na wyścigach doradców finansowych, w celu uzyskania najwyższej stopy zwrotu. Chodzi o pewność i bezpieczeństwo. System jest wprawdzie bezpieczny i rygorystycznie kontrolowany, dobrze zabezpiecza pieniądze klientów, ale chodzi o to, by nie trzeba było korzystać np. z funduszu gwarancyjnego. Regułą powinien być konserwatywny sposób inwestowania, na pierwszym miejscu stawiający bezpieczeństwo inwestycji. Ja nie zakładam z góry, że moje towarzystwo powinno zdobyć pierwsze miejsce, jeśli chodzi o stopę zwrotu z inwestycji. Satysfakcjonowałoby mnie także miejsce drugie lub trzecie. Zawsze przecież może znaleźć się ktoś, kto zaryzykuje więcej od nas i może przejściowo nawet wygrać — twierdzi prezes PKO/Handlowy PTE.