Płace swoje, a inflacja swoje

opublikowano: 18-06-2018, 22:00

Presja presji nierówna — widać to najlepiej w rocznej dynamice wynagrodzeń i cen. Jedna pędzi, druga się ociąga

Majowa pensja 6210,2 tys. pracowników sektora przedsiębiorstw (zatrudniających co najmniej 10 osób) wynosiła 4696,59 zł brutto — podaje GUS, bazując na wartościach przeciętnych. W rocznych dynamikach mamy wzrost o — odpowiednio — 3,7 i 7 i proc. dla zatrudnienia i płac. Zaskoczenia brak, nawet podwójnie. Po pierwsze — w obu przypadkach odczyty okazały się tylko nieznacznie słabsze od prognoz (w porównaniu do mediany ekspertów ankietowanych przez Bloomberga o dokładnie 0,1 pkt. proc.). Po drugie — tempo jest porównywalne do tego, które obserwujemy od miesięcy (patrz wykres).

— Mimo tego, że majowe dane z rynku pracy okazały się nieznacznie słabsze od średnich oczekiwań rynkowych, nie zmieniają one jego dotychczasowego obrazu — komentuje Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Ziarnko pieprzu

Nudno? Bynajmniej. Jeden „smaczek” ukrył się w miesięcznej zmianie liczby zatrudnionych. Ok. dwutysięczny spadek jest największy od grudnia 2013 r., a jeżeli ograniczyć się tylko do zmian między kwietniem a majem, największy od 2009 r.

— Bez szczegółowych danych, które poznamy w końcu miesiąca, trudno określić, w jakich konkretnie branżach nastąpiła redukcja zatrudnienia, ale być może ma to związek z odejściami pracowników na emeryturę po obniżce wieku emerytalnego albo, co gorsza, malejącym popytem zagranicznym — mówi Monika Kurtek.

Zespół ekonomistów z mBanku wskazuje na inny trop — niedzielny zakazu handlu, który może ograniczać czas pracy w handlu detalicznym.

— Redukcja czasu pracy przekłada się na mniejszą liczbę pełnych etatów, a to właśnie w ich ekwiwalentach GUS podaje przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw — tłumaczy Marcin Mazurek, ekonomista mBanku.

Garść niejasności

Gusowskim statystykom z rynku pracy pikanterii dodaje jednak przede wszystkim zestawienie ich z tempem wzrostu inflacji. Co prawda CPI (wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych) wzrósł w maju o 1,7 proc. r/r, wobec 1,6 proc. w kwietniu, ale po wyjęciu z niego cen żywności i energii, a więc w inflacji bazowej po przyspieszeniu nie ma śladu. Zamiast tego mamy hamowanie, i to nie tylko w maju. Ślady ciągną się od stycznia (patrz wykres). Dlaczego rosnąca presja płacowa nie znajduje ujścia w rosnących cenach i jak długo taka sytuacja może się utrzymać? To pytania, nad którymi nie od dziś głowią się eksperci. Nie od dziś też je zadajemy, ale skoro temat żyje, pytamy uparcie dalej.

— W przypadku przemysłu, a konkretniej cen towarów, spore znaczenie mogą mieć czynniki związane z pozapłacowymi kosztami, np. ceny surowców, kursy walutowe czy to, że spora część polskich firm jest jedynie ogniwem globalnych łańcuchów dostaw, a to oznacza ograniczony wpływ na kształtowanie cen. Dużo ciekawsze jest za to połączenie dynamiki płac i cen w sektorze usługowym. To coś, co jest czymś nowym i niejasnym, ale wydaje mi się, że należy odnieść się tu po pierwsze — do skali konkurencyjności tego sektora, po drugie — do wzrostu wydajności pracy — mówi Marcin Mazurek.

Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP, cytowany w kwietniowym artykule „Ekonomiści tropią inflacyjne korniki” o jednostkowych kosztach pracy, które są jednym z głównych czynników oddziałujących na inflację bazową (obok cen importowych), wypowiadał się następująco.

— Wydajność pracy mierzy się trudno, ale to, co dzieje się z inflacją bazową, podpowiada, że mamy do czynienia z silnym, cyklicznym wzrostem produktywności w polskiej gospodarce. W takich warunkach, a więc gdy produktywność rośnie w tempie 5-7 proc. rocznie, dynamika płac na poziomie 7 proc. nie musi przekładać się na wzrost inflacji. Innymi słowy, gdy produktywność rośnie w takim tempie, jak wynagrodzenia, inflacja może być całkowicie obojętna na wzrost wynagrodzeń — tłumaczył ekspert.

Ile jeszcze?

Marcin Luziński, ekonomista BZ WBK, źródeł obojętności firm na podwyżki cen w odpowiedzi na rosnące koszty pracy upatruje w ich stosunkowo dobrej kondycji finansowej.

— W ostatnich latach wyniki firm uległy znaczącej poprawie, co wynikało przede wszystkim z wysokiego popytu krajowego i zagranicznego oraz z tego, że pod kontrolą utrzymywano koszty pozapłacowe. Dlatego polskie firmy nie odczuły obciążenia z tytułu rosnących płac. Stać je było na to, aby dać pracownikom sowite podwyżki i jednocześnie poprawiać rentowność — mówi Marcin Luziński.

Wyniki firm zatrudniających co najmniej 50 osób za I kw. 2018 r., którymi niespełna miesiąc temu podzielił się GUS, świadczą jednak o tym, że dobra passa została przerwana. Zagregowany wynik finansowy spadł wówczas o 9 proc. r/r, co ostatni raz miało miejsce pięć lat temu (więcej o tym w tekście „Presja płacowa wykrzywia bilanse firm”).

— Rentowność [wynik finansowy brutto w relacji do przychodów — red.] spada i wydaje mi się, że w kolejnych kwartałach ten trend będzie kontynuowany, w szczególności przez rosnące ceny surowców, nasilającą się presję płacową czy osłabienie wzrostu popytu zewnętrznego. Wyniki firm w dalszym ciągu będą jednak utrzymywały się na stosunkowo wysokich poziomach, w dużej mierze przez bufor zbudowany w poprzednich latach. Dlatego, moim zdaniem, w tym roku firmy jeszcze nie będą skłonne do zmian swojej polityki cenowej — mówi Marcin Luziński.

W badaniu Grant Thornton za I kw. 2018 r. aż 44 proc. średnich i dużych firm zadeklarowało jednak, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy zamierza podnieść ceny swoich towarów i usług. Aż, bo to najwyższy wynik w siedmioletniej historii badania.

44 proc. Taki odsetek firm, w badaniu Grant Thornton, z I kw. 2018 r. zadeklarował, że zamierza podnieść ceny swoich towarow i usług w ciągu najbliżych 12 miesięcy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Płace swoje, a inflacja swoje