Wizycie premiera w USA dobrze wróży zbieg następujących okoliczności: Leszek Miller jest zaledwie o trzy dni starszy od George’a W. Busha (urodzili się 3 i 6 lipca 1946 r.); spotkanie obu polityków w Gabinecie Owalnym dokładnie pokrywa się w czasie z wystąpieniem sekretarza stanu Colina Powella w ONZ; Leszek Miller ma takie same inicjały, jak Lockheed Martin — LM.
Zacytowaną kabałą profesor Tadeusz Iwiński — sekretarz stanu w KPRM i „minister spraw zagranicznych” SLD — powalił na kolana nawet tych dziennikarzy, którzy od dawna przyzwyczaili się do jego przemyśleń, przekazywanych konfidencjonalnie z klauzulą „off the record”. Nie śmiałem zawracać ministrowi głowy innymi rozwinięciami inicjałów LM — Lunar Module, Lights Menthol, Liga Mistrzów etc. Jeśli jednak premier ma już być tytułowany z amerykańska, to forma właściwa brzmi LCM — Leszek C. Miller...
Dochodząc do pawilonu odpraw w Wojskowym Porcie Lotniczym na Okęciu, zwykle wypatruję z daleka taktycznego numeru samolotu Tu-154M. Możliwości są dwie — 101 albo 102 (jak czołg „Rudy”). Chwilowo taka alternatywa jednak nie istnieje, gdyż 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego dysponuje tylko maszyną 102 (101 przechodzi generalny remont).
Numer wymalowany na ogonie samolotu to jedno, numer rejsu zaś — drugie. Tupolewy z podwójnym napisem „Rzeczpospolita Polska” i „Republic of Poland” są maszynami wojskowymi, ale ich loty otrzymują cywilne oznakowanie PLF (wywoływane jako Papa Lima Fokstrot) i odpowiedni numer. 101 oznacza, iż na pokładzie znajduje się prezydent RP; 102 — prezes Rady Ministrów; 103 — marszałek Sejmu; 104 — marszałek Senatu. A zatem kod PLF-102 tłumaczy się z polskiego na amerykański jako Air Force Two.
Służby wszystkich lotnisk w USA (były to bazy wojskowe, z wyjątkiem Los Angeles International) spoglądały na naszą maszynę z ogromnym zainteresowaniem — jako na relikt z innej epoki. Tymczasem Tu-154M pozostaje najszybszym po Concorde samolotem pasażerskim na świecie. Jego maksymalna prędkość w stosunku do cząsteczek powietrza wynosi 0,86 Macha (silniki umożliwiają więcej, ale płatowiec nie wytrzyma), a pułap — aż 12,5 km. Wzdłuż USA lecieliśmy z wiatrem z prędkością względem ziemi sięgającą 1080 km/h, ale za to nad oceanem pod wiatr — zaledwie 700 km/h. Obie nasze rządowe maszyny posiadają supernowoczesne, amerykańskie oprzyrządowanie — które udało się zgrać z radzieckim prądem! — i są dzisiaj naprawdę bezpieczne. Przypuszczalnie posłużą III RP co najmniej do roku 2008. Słabym punktem Tupolewa jest zasięg — jako średniodystansowiec nie przeskoczy Atlantyku (no, może na... oparach), w związku z czym konieczne jest tankowanie na Islandii lub Nowej Fundlandii. Wadą największą pozostaje oczywiście zużycie paliwa — cóż, oszczędność energii nie była priorytetem radzieckiej myśli technicznej.
Dla delegacji z udziałem prezydenta czy premiera protokół dyplomatyczny MSZ każdorazowo przygotowuje bardzo szczegółowy program. Każdy uczestnik dokładnie wie — co, gdzie, kiedy, do którego wsiada samochodu etc. Tak zwana książeczka liczy zwykle kilkanaście stron. W wypadku ostatniej wyprawy do USA (4-7 lutego) tych stron było aż 50!
Skład ekipy najlepiej przeanalizować według rozmieszczenia w samolocie: salonik I — premier (m.in. może na ekranie telewizora widzieć to samo co piloci); salonik II — 8 ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu; salonik III — 5 urzędników, 2 gości premiera (w tym ambasador USA) i tłumaczka; przedział pasażerski — 7 urzędników, 8 funkcjonariuszy BOR (zwykle jest ich mniej, ale tym razem lecieli również ministrowie obrony i spraw zagranicznych) oraz 18 dziennikarzy (to wielkość mniej więcej stała). Do tego trzeba doliczyć 10-osobową załogę (piloci wojskowi, stewardzi i stewardessy z BOR).
Z sumowania wychodzi, że przez Atlantyk łącznie leciało 60 osób. Na amerykańskiej ziemi zrobiło się znacznie ciaśniej, ponieważ dosiedli się nasi dyplomaci, dziennikarze akredytowani w Waszyngtonie oraz agenci Secret Service. Koszty całego takiego wyjazdu pokrywa oczywiście budżet państwa, z części przynależnych poszczególnym dysponentom (część 16 — KPRM; 42 — sprawy wewnętrzne; 45 — sprawy zagraniczne). Dziennikarze akredytowani przy wizycie mogą być zwolnieni (i są, ale za każdym razem odrębną decyzją szefa KPRM) z opłaty za przelot, pokrywają natomiast wszelkie koszty pobytu od zejścia z pokładu samolotu.
W powietrzu rządową wyprawą — która w sumie pokonała ponad 24 tys. kilometrów — dowodził płk Krzysztof Matuszczyk, doskonały pilot, dowódca 36. pułku. Jeśli w czasie 92-godzinnego wyjazdu aż 31 godzin spędza się w samolocie, to w naturalny sposób staje się on siedliskiem bardziej przytulnym niż najelegantszy hotel. Czas schodzi na odsypianiu, ale i na pracy. Dziennikarze lubią organizować ad hoc, w przejściu między fotelami, konferencje z życzliwymi mediom ministrami. W czasie przelotów nad USA najbardziej interesowały nas refleksje profesora Michała Kleibera ze spotkania z potentatami z Doliny Krzemowej oraz hipotezy Jerzego Szmajdzińskiego na temat najbardziej prawdopodobnego terminu wybuchu wojny z Irakiem.
Gwoździem każdej wizyty państwowej czy rządowej w Waszyngtonie jest oczywiście spotkanie danego prezydenta (króla, premiera etc.) z prezydentem USA w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Z kolei marzeniem każdego dziennikarza jest znaleźć się tam w środku. Fizyczny dostęp do wielkich tego świata mają tylko kamerzyści i fotoreporterzy z krótkiej listy. Okazuje się jednak, że agenci Secret Service wykazują za małą rozdzielczość w segregacji sprzętu na profesjonalny i amatorski, w związku z czym polska fotogrupa nielegalnie się rozrosła i udało mi się wedrzeć do Gabinetu Owalnego na całe 20 sekund. Połowę zajęło wywalczenie pozycji do zdjęcia (patrz na stronie obok), ale drugie 10 sekund można było poświęcić na historyczną kontemplację.
Jakie wrażenia? Jedno zaskoczenie — otóż do tego decyzyjnego serca naszego globu nie kroczy się dostojnie schodami na któreś tam piętro, jak np. do papieża czy choćby do gabinetów w Warszawie. Prezydent USA pracuje na parterze, w przybudówce zwanej West Lobby, czyli w Zachodnim Skrzydle, a wchodzi się do niego niemal wprost z południowego trawnika! The Oval Office to po prostu taka lepsza weranda, wyposażona oczywiście w pancerne szyby. Notabene tuż obok, w Cabinet Room, obraduje rząd USA — i właśnie tam nasza rządowa ekipa koncentrowała się w ostatnich minutach przed widzeniem z prezydentem. Znany ze zdjęć główny korpus Białego Domu zajmują apartamenty mieszkalne i sale reprezentacyjne.
Już sam lot z Kalifornii do Nevady zapowiadał atrakcje specjalnego rodzaju. Za malowniczym łańcuchem Sierra Nevada rozpoczął się posępny, pustynny krajobraz. Nagle widać gigantyczne koła, obsadzone skąpą roślinnością — z wysokości ponad 10 km wygląda, jakby był to wzruszony piach. Rzut oka na mapę — zgadza się, ten całkowicie pozbawiony dróg i siedzib ludzkich obszar nazywa się Nevada Test Site! To tutaj od 1951 r. Stany Zjednoczone przeprowadzały próby jądrowe — początkowo naziemne, a później podziemne. W pierwszym okresie atomowe widowiska transmitowała na żywo telewizja, najodważniejsi dziennikarze zbliżali się na odległość 16 km, a błysk było widać z odległego o 110 km Las Vegas (odgłos docierał tam po siedmiu minutach).
Stolicę hazardu mamy jak na dłoni, ale nie dla psa kiełbasa — lądujemy w pobliskiej Nellis Air Force Base. Na lotnisku wystawione dosłownie wszystko, czym Amerykanie dysponują — łącznie z bombowcami F-117A Nighthawk, B-2 Spirit oraz oczywiście F-16, w wersji Fighting Falcon. Polską delegację z premierem Leszkiem Millerem interesują miejsca tak szczególne, jak na przykład luk bombowy superfortecy B-52. Osobiście czuję zbyt duży niesmak, aby tam zaglądać — przez szacunek dla nieszczęsnego Wietnamu, a także wspomnienie kilkunastu bomb wodorowych, które te samoloty gubiły po całym świecie przy okazji licznych katastrof.
Jedziemy kolumną do Indian Springs, na skraju Nellis Air Force Bombing & Gunnery Range, czyli największego poligonu lotniczego na świecie. Widok abstrakcyjny — w pustynnym teatrze rozstawione aluminiowe trybuny z 2-tysięczną widownią (wojskowi, ich rodziny, szkolne wycieczki). Odbywa się doroczny pokaz potęgi US Air Force. Nie jest to festyn lotniczy w Góraszce, bliżej do Air Show w Dęblinie czy Radomiu. W odległości 5 km kolejne grupy samolotów rzucają prawdziwe bomby, a na zakończenie wchodzi do akcji B-52. Widzimy błyski i czekamy, licząc sekundy. Wreszcie nadchodzi potężne, głuche dudnienie i czuć drżenie ziemi. Właśnie to odsunięcie w czasie fonii od wizji jest najbardziej niesamowitym wrażeniem z całego pokazu. Prawdziwa wojna różni się od kinowej imitacji w systemie Dolby Stereo.
Bez żalu opuszczamy to przepiękne, ale stresujące normalnego człowieka miejsce. Na pokładzie naszego Air Force Two znowu przytulnie i swojsko. Pożegnalne, tęskne spojrzenie na Las Vegas, a wkrótce potem na prześwitujący z prawej strony Grand Canyon, znajdujący się już w Arizonie. Kierunek — Okęcie.
