W górę
Zbigniew Komorowski
Twórca jogurtowej potęgi Bakomy potwierdza, że jest menedżerem globalnym. W praktyce wdraża hasło otwarcia się polskiej gospodarki na dwa wyjątkowo obiecujące kierunki — Chiny oraz Afrykę, na początku tę najbliższą, śródziemnomorską. Oba gigantyczne rynki zbytu stają się wielką szansą przede wszystkim dla branży spożywczej. Zbigniew Komorowski podkreśla, że w eksporcie żywności do Chin zasadnicze znaczenie ma przełamanie stereotypów i wysyłanie towarów wprost z Polski, bez płacenia wysokiej marży pośrednikom z Europy Zachodniej. Ale konieczne jest umocnienie własnej marki w oczach chińskich partnerów, którzy z zasady są ostrożni, na początku wyłącznie handlują, a dopiero po kilku latach zaczynają inwestować. Jeśli zaś chodzi o Afrykę, to twórca żywnościowego holdingu zdecydowanie oddziela ścieżkę biznesową od tamtejszych zawieruch politycznych. Notabene za jedną z najmądrzejszych decyzji Zbigniewa Komorowskiego wypada uznać jego porzucenie w 2005 r. świata polityki — wcześniej w barwach PSL był przez dwie kadencje senatorem, a przez jedną posłem.
Ludwik Sobolewski
Pół roku temu odwołanemu prezesowi Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie poświęciliśmy na tej stronie miejsce pod strzałką w dół. Ubolewaliśmy, że fachowiec dobrze oceniany przez rynki finansowe stał się bohaterem portali plotkarskich i odszedł w bardzo nieciekawej atmosferze. Ale jego niebyt nie trwał długo — oficjalnie już objął stanowisko szefa giełdy w… Bukareszcie. Przy parkiecie warszawskim, na którym otwarto blisko 1,5 mln rachunków maklerskich, rumuńska Bursa de Valori Bucuresti (BVB) to na razie pikuś, inwestorów jest tam nieco ponad 78 tys. Wyeksportowany prezes ma jednak ambicję, by za kilka lat Bukareszt stał się drugim po Warszawie regionalnym centrum kapitałowym. Strzałką w górę doceniamy przede wszystkim rzadki w polskich realiach fakt, że Ludwik Sobolewski zagraniczną posadę otrzymał nie z klucza politycznego, lecz zdobył ją na konkurencyjnym rynku. Dlatego szczerze radzimy, by nie przyszło mu do głowy kręcenie sequela nieudanego filmu „Last minute”…
W dół
Marcin Korolec
Minus dla ministra środowiska nie za wdrażanie najeżonej błędami ustawy śmieciowej, lecz za bezmyślność kalendarzową. Marcin Korolec jest dumny z załatwienia dla Polski ponownie (po pięciu latach) organizacji Konferencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu (z angielskiego — COP). Ale COP19 na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się od 11 do 22 listopada, czyli jego inauguracja koliduje z Narodowym Świętem Niepodległości, co już wywołało protest opozycji i spowodowało utratę punktów przez rząd. ONZ ustaliła trzy sztywne parametry szczytów: porę pod koniec roku, 12-dniową długość oraz stały układ dni tygodnia, od poniedziałku do następnego piątku. Weekendy przeznaczone są na przyjazd i wyjazd delegatów. Decydentem konkretnego terminu, spełniającego owe trzy warunki, jest wyłącznie gospodarz, czyli rząd Polski, a konkretnie minister Marcin Korolec. Trzy ostatnie szczyty odbyły się w terminach: COP16, Cancun — od 29 listopada do 10 grudnia 2010; COP17, Durban — od 28 listopada do 11 grudnia 2011; COP18, Doha — od 26 listopada do 7 grudnia 2012. Zachowując ten rytm, nasz COP19 powinien zostać wyznaczony od 25 listopada do 6 grudnia. Ki diabeł podpowiedział jego fatalne wizerunkowo przyspieszenie o dwa tygodnie?
Mirosław Drzewiecki
Były łódzki baron Platformy Obywatelskiej i partyjny kasjer wyleciał w 2009 r. ze stanowiska ministra sportu i turystyki po skandalu hazardowym. W 2008 r. zdążył podpisać z Rafałem Kaplerem, prezesem Narodowego Centrum Sportu (NCS), umowę gwarantującą mu duże pieniądze po oddaniu Stadionu Narodowego (342 tys. zł) i zakończeniu EURO 2012 (228 tys. zł), w której nie było żadnych wymagań co do terminu ukończenia obiektu i jego jakości! Gigantyczne pieniądze, których Kapler domagał się mimo spóźnienia inwestycji, zostały przez NCS zatrzymane, ale sąd nakazał wypłatę całej sumy z odsetkami. Głównym sprawcą roztrwonienia w majestacie prawa tak znacznego publicznego grosza na zawsze pozostanie Mirosław Drzewiecki.
Sukces
Taniej niż olimpiada, a promocja też ogromna
Aspirując do organizacji polsko-słowackich igrzysk zimowych 2022, stołeczny królewski Kraków porywa się z motyką na słońce. Rozwiewająca mrzonki sesja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego odbędzie się w sierpniu 2015. Ale łzy zawodu nie poleją się zbyt obficie — wszak w lecie 2016 pod Wawelem odbędą się Światowe Dni Młodzieży! Lokalizacyjna decyzja papieża Franciszka zapadła po wielu dyskretnych działaniach polskich hierarchów, a zwłaszcza kardynała Stanisława Dziwisza. Wędrująca po świecie, wymyślona przez papieża Jana Pawła II, milionowa zbiórka katolickiej młodzieży ma wymiar nie tylko duchowy, lecz także prestiżowy i promocyjny dla przyjmującego ją państwa i miasta. W roku 1991 gościła ją Częstochowa, ale skala Krakowa 2016 będzie nieporównywalna, zarówno pod względem liczby uczestników, jak i globalnego przekazu. Dni upodobniają się organizacyjnie do igrzysk olimpijskich czy mistrzostw piłkarskich najbardziej pod jednym względem — wszystkim rządzi telewizja. Dzięki niej światowa promocja Krakowa i Polski za trzy lata wcale nie będzie mniejsza niż jako gospodarza zimowej olimpiady, a koszty przygotowań i organizacji wyjdą zdecydowanie taniej.
Porażka
Zadyma międzynarodowa. Tym transparentem żulia Lecha Poznań wspięła się na szczyt aktualnej listy przebojów chamstwa. Historyczny skrót KKS już dawno został przez nią rozwinięty jako Kibolski Klub Sportowy. Chociaż czasem tym środowiskom nie można obiektywnie odmówić… wisielczego poczucia humoru — kibole Legii Warszawa na wyjeździe w Bukareszcie wywiesili równie wielki transparent, lecz grzeczny, ba, wręcz życzliwy wobec Rumunów: „Dziękujemy za przyjęcie polskiego rządu w 1939. Prosimy pilnie o powtórkę”.
Kibole rzucają wyzwanie Rzeczypospolitej
Problem systematycznie narastał jeszcze w poprzednim ustroju, ale nieporównanie rozkwitł w warunkach demokracji. Piłkarscy kibole w Polsce czują się coraz bardziej bezkarni i rzucają w twarz wyzwanie państwu, które działa akcyjnie i nieporadnie od awantury do awantury, nie umiejąc wypracować stałego systemu zwalczania w zarodku okołoklubowego bandytyzmu. To określenie jest jak najbardziej na miejscu. Agresja szalikowców przecież już dawno odeszła od piłkarskiego meritum, właściwie niewielką karą staje się okresowe zamknięcie przez wojewodę trybun, bo rozróbę jeszcze skuteczniej daje się przecież wywołać pod stadionem. Najbardziej ekstremalnie to zjawisko rozwinęło się, niestety, w tak ostatnio wyróżnionym (patrz tekst powyżej) Krakowie, a dokładniej — w doklejonej do stołecznego królewskiego grodu Nowej Hucie. Kibolskie tzw. ustawki kończą się tam już nie pobiciami, lecz morderstwami, a chłopcy w wieku 11 czy 12 lat po prostu muszą przystać do dominującej akurat na ich osiedlu bandy — z szalikami Wisły albo Cracovii — jeśli chcą żyć. Nie tyle spokojnie, ile w ogóle.
