W górę
Wojciech Pawłowski
Przez wiele lat mozolnie budował w branży hutnictwa szkła międzynarodowy holding Warta Glass. Po osiągnięciu sukcesu dwa lata temu wykonał zwrot i postanowił podzielić się biznesowymi doświadczeniami. Nazwa jego spółki z sektora private capital jest nieprzypadkowa — VRP to skrót od Very Remarkable Projects (Bardzo Wyjątkowe Projekty). W większości przypadków VRP Group staje się partnerem w już istniejących przedsięwzięciach, dostarczając im fachową wiedzę i wspierając w pozyskiwaniu finansowania. Dość nietypowo Wojciech Pawłowski zdecydował się zainwestować w start-upy uczestniczące w organizowanym pierwszy raz przez „Puls Biznesu” konkursie „Impuls do biznesu” — dlatego, że lubi „pozytywnych przedsiębiorców”, czyli młodych na ogół ludzi z otwartą głową i pomysłami, którzy myślą nie tylko o zarobku, lecz chcą także zostawić po sobie pozytywny ślad. Laureatom konkursu oprócz pieniędzy oferuje wsparcie merytoryczne — z poszanowaniem swobody pomysłodawcy czy twórcy projektu. W swojej filozofii rozdziela sukces biznesu, mierzalny liczbami i wskaźnikami, oraz sukces biznesmena jako człowieka, trudniejszy do sprecyzowania. Jako przewodnik młodych przedsiębiorców realizuje się zwłaszcza w tym drugim wątku.
Krzysztof Kalicki
Formalnie nie zmienił stanowiska, był i jest prezesem Deutsche Banku Polska. Ale po dołączeniu Deutsche Banku PBC przekształcona instytucja stała się silnym bankiem uniwersalnym, łączącym doświadczenia inwestycyjne z transakcyjnymi. Ofertę kieruje do wszystkich klientów: korporacyjnych, indywidualnych, przedsiębiorstw z każdego sektora. Dwie dekady temu Krzysztof Kalicki zaliczył epizod w służbie państwowej — był pierwszym wiceministrem finansów w resorcie Grzegorza Kołodki. Obaj doskonale się znają jeszcze z czasów Szkoły Głównej Planowania i Statystyki. W kierowaniu liczącym się na polskim rynku bankiem pomagają prezesowi również doświadczenia z działalności naukowej, w której specjalizuje się w finansach międzynarodowych, instrumentach finansowych i zarządzaniu ryzykiem.
W dół
Lech Witecki
Po jego wysadzeniu z fotela szefa Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) zarówno z branży budowlanej, jak i z różnych środowisk politycznych, w tym z koalicji rządowej, słychać było jednobrzmiące pytanie: dlaczego tak późno?! Rzeczywiście, naprawdę trudno pojąć, czemu na czele instytucji o tak strategicznym znaczeniu dla rozwoju Polski kolejni ministrowie infrastruktury i premier Donald Tusk trzymali aż przez sześć lat dyrektora jedynie „pełniącego obowiązki”, którego kwalifikacje były za niskie, by literki p.o. kiedykolwiek zniknęły. Dopiero wicepremier Elżbieta Bieńkowska uznała, że pieniędzy na drogi z unijnej perspektywy 2014-20 nie może wydawać dotychczasowy zarządca GDDKiA. Opinie wykonawców autostrad o Lechu Witeckim często nie nadają się do cytowania. Odpierając zarzuty, sam zainteresowany wielokrotnie podkreślał, że tylko pilnował publicznych pieniędzy przed pazernością sektora prywatnego. Być może przyczyną konfliktu była jego mentalność przeniesiona z Najwyższej Izby Kontroli — kierując GDDKiA nie rozumiał, że inwestor, także publiczny, musi szukać z wykonawcą płaszczyzny porozumienia, a nie komunikować się z nim głównie pismami sądowymi.
Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel
Podobnie jak sąsiad z tekstu wyżej została po sześciu latach odwołana z prezesury — Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Kwalifikuje się zatem pod strzałkę „w dół”, ale stricte formalnie. Po decyzji premiera zebrała bowiem wiele gratulacji za to, że… aż tyle czasu przetrwała! Donald Tusk decyzję o jej usunięciu podjął wewnętrznie dawno temu, gdy się okazało, że Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel nie tańczy do rządowej muzyki, choćby kontrując fuzje w sektorze energetycznym. Po sprawie PGE/Energa konflikt przycichł, ale teraz zausznicy przekonali szefa rządu, że nie może dłużej trzymać na czele UOKiK decydenta, który będzie sypał piasek w tryby wielkich projektów koncentracyjnych w energetyce czy bankowości.
Sukces
Idź złoto do złota, my Polacy… je kochamy
OryginalneXII-wieczne zdanie Skarbka z Gór miało końcówkę „…bardziej się w żelazie kochamy”, ale XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi wprowadziły korektę, którą przytaczamy w tytule. Co prawda optymiści widzieli przed olimpiadą nawet kilkanaście szans na podium, jednak aż cztery medale złote to wynik wręcz nieprawdopodobny! Przez dekady polscy sportowcy przyzwyczaili kibiców do sukcesów na igrzyskach letnich, ale zimowe przynosiły nam smary. Tendencja zmieniła się dopiero od trzech olimpiad, ale to nie następstwo poprawy systemu, lecz suma wystrzałowych występów pojedynczych zawodników. Nasi mistrzowie z Soczi — dwukrotny Kamil Stoch oraz Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka — wygrali w sportach klasycznych będących w programie zimowych igrzysk od Chamonix 1924. Dlatego Narodowy Bank Polski nie miał problemów z wizerunkowym trafieniem na trzech monetach kolekcjonerskich wyemitowanych przed igrzyskami — uwidocznił właśnie skoczka narciarskiego, biegaczkę oraz panczenistę. Bo raczej trudno sobie wyobrazić eksplozję narodowej radości po zdobyciu złotego medalu np. w pchnięciu czajnikiem po lodzie.
Porażka
Narodowa tragedia tuż za naszą granicą
Miesiąc temu notka w tym samym miejscu nosiła tytuł „Dramat Ukrainy to regres cywilizacyjny”. W najczarniejszych snach nikt jednak nie przypuszczał, że dramat w styczniu był niczym wobec narodowej tragedii w lutym. Demonstracje na Majdanie Niepodległości w Kijowie momentami przekształcały się w wojnę domową z użyciem ostrej broni. Europę szokowała strasznie niska wartość ludzkiego życia — jednego dnia panowała optymistyczna atmosfera porozumienia, a następnego w tym samym miejscu śmierć zabrała kilkadziesiąt najczęściej młodych osób. Kruchy kompromis, w wyniku którego władca absolutny Wiktor Janukowycz skróci swą pięcioletnią kadencję aż o… miesiąc — wybory prezydenckie planowo wypadały w styczniu 2015, a mają odbyć się w grudniu 2014 — to dopiero początek wieloletniej drogi Ukrainy do europejskiej cywilizacji.
