Będą kredyty, będą i opcje. Tyle że we właściwych proporcjach.
No i może od banków o nieco innej strukturze własnościowej.
estem pewien, że na przełomie 2009 r. i 2010 r. taki system bankowy, jaki znamy dziś, nie będzie już istniał. W Polsce dojdzie do konsolidacji, albo zmiany właścicieli niektórych instytucji finansowych. Będzie to wynik zarówno fuzji na rynkach zagranicznych, jak i sprzedaży poszczególnych polskich banków przez ich dotychczasowych właścicieli — uważa Cezary Smorszczewski, wiceprezes Alior Banku.
Która ścieżka zmian kapitałowych nabierze większego znaczenia, nie chce prognozować.
— Ekonomicznie obie prowadzą do tego samego. Zmiany właściciela polskiego banku — podkreśla.
Zmiany kapitałowe
Według Marka Kulczyckiego, prezesa Deutsche Banku PBC, do poważnych ruchów kapitałowych na rynku bankowym mogłoby ewentualnie dojść co najwyżej w dwóch, może w trzech przypadkach. Przetasowania kapitałowe w polskim sektorze bankowym będą też głównie pochodną zmian na rynkach międzynarodowych.
— Do jednostkowej sprzedaży polskiego banku może dojść tylko w wyjątkowej sytuacji. Byłaby to bowiem wyprzedaż bardzo zyskownych, a co za tym idzie, atrakcyjnych operacji. Ze względu na wielkość naszego rynku i jego rosnącą zamożność polskie instytucje mają duży potencjał wzrostu. Zresztą, wystarczy spojrzeć wstecz. Przez kilkanaście lat transformacji żaden zagraniczny właściciel nie sprzedał polskiego banku. Wszelkie zmiany kapitałowe były pochodną zmian na rynkach globalnych. Tak było choćby z Bankiem Pekao i Bankiem BPH — komentuje Marek Kulczycki.
Co do jednego nie ma wątpliwości. Proces zmian kapitałowych już się rozpoczął. Wystarczy przyjrzeć się lokalnym aktywom grupy Fortis wywodzącej się z Beneluksu. Gdy popadła w tarapaty finansowe i została upaństwowiona przez rządy Belgii, Holandii i Luksemburga, polskie banki zaczęły się stanowczo dystansować od części niedawno jeszcze siostrzanych firm.
"W kontekście opublikowanego dzisiaj raportu na temat kondycji grupy Fortis, Fortis Bank Polska oraz Dominet Bank podkreślają, że nie są one obecnie zależne od grupy Fortis i nie mają z nią żadnych powiązań kapitałowych" — czytamy w komunikacie wydanym przez polskie banki 17 listopada 2008 r.
— Po zmianach, które zaszły w październiku, nic poza wspólną nazwą nie wiąże nas z grupą Fortis, której akcje notowane są na giełdach w Amsterdamie i Brukseli — podkreślał wtedy Alexander Paklons, prezes Fortis Banku Polska.
Nawiązywał do tego, że jego bank stał się częścią grupy Fortis Banku, którego właścicielem została Belgia, a nie Holandia, która przejęła holding Fortis. Niejasne? Będzie coraz jaśniejsze. W ślad za znacjonalizowaną przez Belgię częścią grupy Fortis w styczniu polski Fortis zmienił już swoje logo na stronie WWW i w materiałach reklamowych. Na razie to zmiana nieznaczna i nie dotyczy wystroju placówek. Ale przecież niedługo i on może się zmienić. W kolejce po belgijski Fortis Bank stoi już francuski BNP Paribas, obecny w Polsce w sposób symboliczny.
Zmiany obejmą jednak nie tylko instytucje kontrolowane przez obcy kapitał. Powiązane kapitałowo, ale zabiegające dotychczas o zupełnie różnych klientów Noble Bank i Getin Bank w końcu stycznia ogłosiły plan fuzji i przekształcenia się w jeden bank uniwersalny.
Kredyt najważniejszy
Jeśli dojdzie do poważnych zmian własnościowych w polskim sektorze bankowym, będą one zwieńczeniem wpływu globalnego kryzysu sektora finansowego na sektor bankowy w Polsce. Jego symptomy stały się odczuwalne nad Wisłą już jesienią 2008 r. — któż nie zauważył zażartej walki o depozyty i zahamowania akcji kredytowej przez banki działające w naszym kraju?
— Większość polskich instytucji jest częścią zagranicznych holdingów i działania krajowych banków miały niewiele wspólnego z lokalną sytuacją, a stały się jedynie prostą konsekwencją decyzji podejmowanych w Londynie, Paryżu, Frankfurcie, Wiedniu czy Mediolanie — zaznacza Cezary Smorszczewski.
Stamtąd też płyną naciski na cięcie kosztów. Kredyt Bank zwolni 300 osób. BRE Bank — 200-300. Znacznie wyhamuje otwieranie nowych oddziałów. Millennium, które w 2008 r. otworzyło ich 80, w 2009 zamierza uruchomić zaledwie 10.
Na tym tle wyróżnia się Alior Bank. W 2009 r. zamierza otworzyć 70 nowych placówek i zatrudnić 800 osób. Ktoś powie start up. Na pewno. Ale przecież Allianz Bank również nim jest. Tymczasem trzy miesiące po uruchomieniu, z 60 placówek zapowiadanych na koniec pierwszego kwartału działa zaledwie 16. Trudno założyć, że kolejne 44 otworzą podwoje w ciągu miesiąca. Tym bardziej, że mający być lokomotywą sprzedaży kredyt hipoteczny w ogóle się nie pojawił, a prezes zrezygnował ze stanowiska zaledwie po miesiącu od rozpoczęcia obsługi klientów.
Co prawda rynek międzybankowy stopniowo odżywa, ale banki skróciły sobie nawzajem linie kredytowe i minie trochę czasu, zanim powróci nań płynność. Za granicą już jednak widać, że spready kredytów międzybankowych dla instytucji, które zostały w miarę pozytywnie zweryfikowane przez rynek, są niższe od tych, których sytuację uważa się za złą lub przynajmniej niepewną. Nie ma powodów, aby podobnie nie stało się w Polsce. Tym bardziej, że w obecnych cenach kredytów (marżach) dla firm i klientów indywidualnych około połowy stanowią koszty płynności banków, a dopiero druga połowa dzieli się między koszt kapitału i standardowy koszt ryzyka związanego z konkretnym kredytobiorcą.
— Ta sytuacja potrwa jeszcze kilka miesięcy. W bankach, zwłaszcza dużych, panuje zawsze spora inercja. Zanim nie policzą oczekiwanego przez siebie zwrotu z działalności kredytowej, będzie panowała pewna asymetria w wycenie ryzyka kredytowego w polskim sektorze bankowym — twierdzi Cezary Smorszczewski.
Dlatego np. Alior Bank wejdzie na rynek kredytowy z pewnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych planów.
— Nie mamy takiego opóźnienia, nie zmieni- liśmy także strategii. Jedynie dostosowaliśmy taktykę do sytuacji. Patrząc na sytuację ustaliliśmy proporcję depozytów do kredytów na 1,5: 1, zamiast 1: 1 — mówi Cezary Smorszczewski.
I dodaje:
— Możemy się emocjonować opcjami i innymi skomplikowanymi instrumentami finansowymi. Ale bez działalności kredytowej banków nie utrzymamy wzrostu PKB. Zatem na bankach spoczywa ogromna odpowiedzialność. Od nich zależy ocena ryzyka kredytowego i możliwość wpływania na wzrost PKB. Jeśli zaś nastąpi spadek akcji kredytowej, to zmniejszy się popyt przeciętnego Polaka i spadnie konsumpcja. To zaś spowoduje spadek sprzedaży, ergo przychodów firm, który pociągnie za sobą restrukturyzacje i zwiększenie bezrobocia, co z kolei wpłynie na pogorszenie portfela kredytowego i znaczny spadek dochodowości sektora bankowego.
Wszystko ma swoje miejsce
Zdaniem szefa Deutsche Banku PBC, sytuacja na rynku kredytowym niebawem się unormuje. Marek Kulczycki podkreśla, że nasz rynek kredytów hipotecznych jest zupełnie inny niż amerykański czy hiszpański. Większość ludzi kupuje nieruchomości na własne potrzeby, a nie w celach spekulacyjnych, lub na wynajem. To zaś zrodzi popyt na finansowanie i produkty ten popyt zaspokajające.
Podobne zdanie ma o opcjach.
— To instrument zabezpieczający przed ryzykiem kursowym w transakcjach międzynarodowych. Jeśli ktokolwiek traktował je jako źródło zysku, była to chora sytuacja. Myślę, że cały rynek odrobił lekcję w tej materii. Opcje będą więc istniały w swoim naturalnym środowisku, jako instrumenty zabezpieczające, a nie w formie wynaturzonej — zaznacza Marek Kulczycki. l