Urząd pracy to ostatnie miejsce, w którym Polacy w czasie pandemii szukają zatrudnienia.
Lęk, niepewność, stres – z pomocą tych rzeczowników najczęściej opisujemy swój stan ducha w czasie depresji. Negatywne emocje na ogół zniechęcają do życiowych i zawodowych wolt. A tu niespodzianka – niemal połowa (48 proc.) badanych przez HRK potwierdziła, że obecnie szuka pracy, a tylko 16 proc. nie myśli o zmianie pracodawcy. Co równie interesujące: 36 proc. respondentów wprawdzie nie rozgląda się za nową posadą, ale jest otwarta na propozycje od łowców głów. Ryzykanci? Nie do końca. Wśród gotowych na skakanie po firmach przeważają osoby z wysokich stanowisk i specjaliści z solidnym doświadczeniem i kwalifikacjami. Ludzie z niższych szczebli firmowej drabiny rzadziej myślą o zmianie, czemu trudno się dziwić.

– Przez związany z koronawirusem kryzys wielu pracodawców musiało podjąć decyzję o redukcji niektórych etatów. Były również przedsiębiorstwa, w których na kilka miesięcy wstrzymano procesy rekrutacyjne. Po pierwszym lockdownie część firm powróciła do wcześniejszych naborów, a nawet uruchomiła kolejne – mówi Ewa Tul, menedżer zespołu ds. administracji i HR w HRK.
A gdzie poszukujemy pracy? Zwykle tam, dokąd w ostatnim roku przeniosła się cała gospodarka, czyli w sieci. Prym wiodą największe portale rekrutacyjne i karierowe (84 proc.) oraz serwis LinkedIn (81 proc.). Na trzecim miejscu znalazły się polecenia znajomych (37 proc.), które z powodu konieczności zachowania dystansu społecznego coraz częściej rozchodzą się przez różne kanały cyfrowe. Tuż za podium wylądowały strony agencji headhunterskich (30 proc.) i zakładki „Kariera” na stronach firm (24 proc.). Wygląda na to, że czas pośredniaków się skończył. Za najsłabsze narzędzia rekrutacyjne uznano bowiem właśnie urzędy pracy (72 proc. niezadowolonych) i studenckie biura karier (49 proc.). Także ogłoszenia w prasie (61 proc.) wydają się anachronizmem.
Duża zmiana dotyczy sposobu przeprowadzania rozmowy kwalifikacyjnej. Najwięcej osiągają ci, którzy dobrze wypadają w zdalnych interakcjach – pod tym kątem ocenia się zarówno rekruterów, jak i aplikujących.
– Jeszcze rok temu, gdy panował rynek pracownika, zwracano uwagę na nowoczesne biuro i erudycję rozmówców, zwłaszcza przedstawiciela pracodawcy. Obecnie liczy się umiejętność nawiązania relacji pomiędzy rekruterem a kandydatem za pośrednictwem komunikatorów wideo lub przez telefon – wskazuje Ewa Tul.
Według ekspertki zmianie nie uległa jedna rzecz: ogłoszenie o pracę czy opis stanowiska to w dalszym ciągu najważniejsze elementy procesu rekrutacyjnego, bo są pierwszym punktem styku kandydata z marką pracodawcy. Przeglądając oferty, kandydaci zwracają uwagę głownie na zakres obowiązków (82 proc.), oczekiwania pracodawcy (69 proc.) i nazwę stanowiska (38 proc.).