Po rynku aut nie hula wiatr

Krzysztof Kluska
opublikowano: 2004-05-06 00:00

Od stycznia 2004, a może nawet jeszcze wcześniej dużo i głośno mówiło się na temat rynku motoryzacyjnego po naszym przystąpieniu do Unii Europejskiej. Było trochę straszenia, mało optymizmu i ogólne przekonanie, że od maja to nam się dopiero dostanie po kieszeni. Do Unii weszliśmy szczęśliwie i z niemałą pompą, ale jakoś jęków konającego rynku samochodowego nie słychać.

Firmy motoryzacyjne już wcześniej dokonały pewnych „ruchów cenowych” jednak były to podwyżki niewielkie, a nie sięgające, jak straszono, kilku tysięcy złotych na samochodzie. Wiele z nich motywowano rosnącym kursem euro. Obecnie trwa wyczekiwanie na pierwszego odważnego, który powie otwarcie: jesteśmy w UE i musi być drożej. Jednak ten odważny bardziej niż z unijną modą musi liczyć się z zasobnością portfela przeciętnego Kowalskiego.

Nie ma się co oszukiwać, nawet najodważniejszy importer nie podniesie z dnia na dzień ceny samochodu o kilka tysięcy złotych. Jesteśmy w Unii, ale nie oznacza to, że z dnia na dzień staliśmy się krajem bogatym, którego obywateli stać na znacznie droższe auta. Co więcej, można ostatnio usłyszeć reklamy niektórych marek, które chwalą się, że u nich żadnej podwyżki cen nie ma i nadal jest „tanio”.

Obawiać należy się tylko tego, że klienci z Europy Zachodniej zorientują się, iż w Polsce jest tanio — rzecz jasna jak dla nich — i że opłaca się tu przyjeżdżać po nowe auta. Wtedy w całą sprawę włączą się europejskie centrale poszczególnych marek. Polska nie jest niestety ogromnym rynkiem i jeśli dealerzy niemieccy czy hiszpańscy zaczną narzekać, że przez nas tracą klientów, to nasi importerzy dostaną odgórny nakaz zmiany cen na wyższe. Logiczne lepiej z niewielkiego rynku zrobić ciut mniejszy niż z ogromnego mały. Miejmy więc nadzieję, że tak się nie stanie i masowego napływu klientów z państw Europy Zachodniej nie będzie.