Pochodzenie produktu wedle uznania

opublikowano: 29-01-2015, 00:00

Owoce pracy polskich firm często funkcjonują pod marką obcych państw. Towary produkowane w Azji noszą natomiast etykietę „made in Poland”

Produkcja w Chinach, potem obróbka w kraju i w efekcie „made in Poland” na etykiecie — to praktyka wielu przedsiębiorców, nie tylko polskich. Niedawno jeden z niemieckich sądów rozstrzygnął, że samo przeprowadzenie na terenie Niemiec procesu nawilżania, sprawdzania jakości oraz pakowania prezerwatyw, które zostały wyprodukowane w Chinach, nie wystarczy, żeby je oznaczyć napisem „made in Germany”. Trudno się jednak dziwić niemieckiemu przedsiębiorcy, który chciał takie oznaczenie wykorzystać. Towary produkowane w Chinach i w Niemczech niosą ze sobą trochę odmienne skojarzenia.

Agnieszka Wiercińska-Krużewska, partner
 w kancelarii WBK, oraz Marek Gajek, adwokat w kancelarii Gajek i 
Wspólnicy, przypominają, że przedsiębiorcy mogą, ale nie muszą, używać 
oznaczenia „made in Poland”.
Wyświetl galerię [1/2]

DECYZJA NALEŻY DO FIRMY:

Agnieszka Wiercińska-Krużewska, partner w kancelarii WBK, oraz Marek Gajek, adwokat w kancelarii Gajek i Wspólnicy, przypominają, że przedsiębiorcy mogą, ale nie muszą, używać oznaczenia „made in Poland”. ARC

— Informacja o produkcji w Niemczech kojarzy się z wysoką jakością — przyznaje Daniel Hasik, radca prawny i partner w kancelarii Hasik, Wiński i Partnerzy.

Wolność i swoboda

Z wysoką jakością kojarzą się także choćby „szwajcarskie zegarki” czy „japońskie samochody”.

— W świadomości odbiorców pochodzenie towaru wiąże się nieodłącznie z jego cechami jakościowymi. Tym samym informacja o miejscu produkcji danego towaru ma w dzisiejszym obrocie gospodarczym ogromną i wymierną finansowo wartość — potwierdza Marek Gajek, adwokat w kancelarii Gajek i Wspólnicy.

Mimo to zasady oznaczania produktów miejscem pochodzenia pozostawiają przedsiębiorcom dużą swobodę. Pomijając wszelkie regulacje dotyczące produktów zarejestrowanych jako chronione nazwy pochodzenia, chronione oznaczenia geograficzne oraz gwarantowane tradycyjne specjalności, a także wszelkie kodeksy dobrych praktyk wprowadzane samodzielnie przez reprezentantów różnych branż, sprawa wygląda dość prosto.

— W przypadku produktów spożywczych przedsiębiorca jest zobowiązany oznakować żywność miejscem albo krajem pochodzenia, natomiast w przypadku niespożywczych produktów konsumenckich wymóg ten obowiązuje wyłącznie w odniesieniu do niektórych z nich — np. kosmetycznych w przypadku ich importu. W pozostałych przypadkach oznaczenie to jest dobrowolne — tłumaczy Agnieszka Wiercińska-Krużewska, adwokat i partner w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Zatem każdy przedsiębiorca może, ale nie musi, używać oznaczenia „made in Poland”. Przy tym nie znajdziemy w polskich przepisach definicji „pochodzenia towaru”. Należy się więc odwołać do ustawodawstwa unijnego, a dokładnie rozporządzenia rady (EWG) nr 2913/92, ustanawiającego Wspólnotowy Kodeks Celny.

— Zgodnie z nim towarami pochodzącymi z danego kraju są towary całkowicie uzyskane w tym kraju, natomiast towar, w produkcję którego zaangażowany jest więcej niż jeden kraj, jest uznawany za pochodzący z kraju, w którym został poddany ostatniej istotnej, ekonomicznie uzasadnionej obróbce lub przetworzeniu, które spowodowało wytworzenie nowego produktu lub stanowiło istotny etap wytwarzania w przedsiębiorstwie przystosowanym do tego celu — tłumaczy Daniel Hasik.

— Można tym samym przyjąć, że o miejscu pochodzenia produktu przy ocenie zwykłych oznaczeń geograficznych decyduje miejsce jego wytworzenia w finalnym kształcie, a nie pochodzenie surowców lub półproduktów, użytych do jego wytworzenia — podsumowuje Marek Gajek.

Nie ma wymogów

W efekcie polskim produktem może być zarówno ten w całości stworzony w Polsce, jak i ten, do którego komponenty wyprodukowano za granicą, a w Polsce tylko złożono w całość. Podobnie jeśli komponenty pochodzą z Polski, a produkt jest składany lub poddawany ostatecznej obróbce za granicą, nie będzie pochodził z Polski, tylko z innego państwa.

— Nie istnieją przy tym żadne wymogi, które określałyby, jaki maksymalny procent komponentów z zagranicy może zawierać produkt, żeby mógł zgodnie z prawem być określony jako „made in Poland” — podkreśla Agnieszka Wiercińska-Krużewska.

Jej zdaniem producenci coraz częściej wskazują różne miejsca pochodzenia jednego produktu. Piszą np., że zaprojektowano go w jednym kraju, a wyprodukowano w innym. Ma to służyć wskazaniu klientowi, że technologicznie produkt stworzono w kraju znanym z zaawansowanych technologii, a faktyczna produkcja miała miejsce w innym. Przy tym do odpowiedzialności z tytułu niezgodnego z prawdą oznaczania pochodzenia nieuczciwych przedsiębiorców można pociągnąć na podstawie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Artykuł 8 tej ustawy chroni przedsiębiorców uprawnionych do posługiwania się danym oznaczeniem geograficznym, a pośrednio również i nabywców przed „opatrywaniem” towarów lub usług fałszywymi lub oszukańczymi oznaczeniami geograficznymi. — Ochrona ta ma raczej charakter indywidualny, oparta jest na konstrukcji deliktowej i owocuje co do zasady odpowiedzialnością odszkodowawczą przedsiębiorcy posługującego się nieprawdziwymi oznaczeniami geograficznymi — mówi Marek Gajek.

Unia próbuje regulować

Komisja Europejska postanowiła zrobić porządek z oznaczaniem towarów miejscem pochodzenia. Obecnie proces legislacyjny przechodzi wniosek dotyczący uchwalenia Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie bezpieczeństwa produktów konsumpcyjnych. W art. 7 przewiduje on wprowadzenie obowiązku oznaczenia pochodzenia produktów nieżywieniowych przez przedsiębiorców. Możliwe będą dwie opcje — oznaczenie wskazujące dany kraj albo ogólne „made in UE”.

— Wybór pozostawiono decyzji przedsiębiorcy. Uzasadnieniem wprowadzenia tej regulacji jest potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa konsumentom — tak, żeby mieli pewność, skąd pochodzi kupowany produkt, a także w celu ułatwienia identyfikowania pochodzenia towarów niebezpiecznych — tłumaczy Daniel Hasik. Dotychczas nie określono terminu wejścia w życie tej regulacji. I nie wiadomo czy kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, gdyż wywołała spore kontrowersje wśród… przedsiębiorców. Pozytywnie ocenił ją Janusz Kowalski, prezes Małopolskiej Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Krakowie, stwierdzając, że wprowadzenie w życie tego przepisu „doprowadzi do zminimalizowania ilości sytuacji wprowadzającej konsumenta w błąd, gdzie produkt będzie miał oznaczenie made in UE, a stworzony będzie w całości z podzespołów pochodzenia chińskiego. Duża część koncernów przyzwyczaiła klienta do tego, że płaci więcej za europejską jakość, podczas gdy tak naprawdę klient płacił za towar pochodzący z Chin, Malezji czy Indii”. Jego zdaniem, to dobre rozwiązanie dla polskich rzemieślników, ponieważ spowoduje wzrost konkurencyjności polskich produktów na innych rynkach. Podobnie uważa Karol Marcińczyk, przedstawiciel regionalny firmy Malow, produkującej metalowe meble. — Wprowadzenie konieczności oznaczenia produktów na pewno pomogłoby wypromować nasz kraj. Dzisiaj niestety często etykietę „made in Poland” noszą produkty w rzeczywistości stworzone w Chinach — mówi Karol Marcińczyk.

Sami zdecydują

Odmiennego zdania są jednak przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan. W swoim stanowisku przekonywali, że pozostawienie dowolności w decydowaniu o wskazaniu pochodzenia produktu albo nieoznaczaniu go miejscem pochodzenia ma duże znaczenie dla polskich producentów, którzy chcą sprzedawać swoje produkty do innych państw członkowskich.

„Polskie produkty nadal budują swoją markę, a w niektórych państwach nie cieszą się wystarczająco dobrą opinią. Umieszczenie oznaczenia made in Poland może utrudnić polskim produktom dotarcie do konsumentów, którzy nieufnie podchodzą do towarów z »nowych« państw UE. Fakt, że artykuł 7 pozostawia producentom towarów unijnych możliwość stosowania ogólnego oznaczenia »made in EU« tego problemu nie rozwiązuje, bo można się spodziewać, że produkty z takim symbolem będą uznawane przez konsumentów za gorsze, niż te oznaczone cieszącym się renomą krajem pochodzenia. Może to doprowadzić do zdewaluowania tego symbolu. Uważamy, że polscy przedsiębiorcy powinni zachować możliwość decydowania o tym, czy ze względu na odbiór polskich produktów w danym państwie i oczekiwania partnerów handlowych bardziej korzystne jest zastosowanie oznaczenia produktu czy nie” — czytamy w stanowisku Lewiatana, który zauważa też, że wiele polskich firm produkuje obecnie na zlecenie producentów z innych państw.

Powodem jest wysoka jakość naszych wyrobów i niska cena. W takich przypadkach to zamawiający decyduje o oznaczeniu produktu. Przy tym często warunkiem otrzymania zlecenia jest niepodawanie na produkcie informacji o jego pochodzeniu i firmie, która go wyprodukowała. Zatem wprowadzenie obowiązku oznakowania „made in Poland” może doprowadzić do utraty zleceń. A to się odbije na rentowności polskich firm. Nie ulega wątpliwości, że oznaczenie „made in Poland” nie zawsze jest kojarzone pozytywnie.

— Zwłaszcza w krajach zachodnich — mówi Daniel Hasik.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu