Poczekajcie na głos królowej

Mercedes klasy S jest jak Mozart. Nie dla każdego. Tak jak niemożliwe byłoby wymaganie od Mozarta pogowania podczas koncertów, tak trudno byłoby żądać od pogujących zrozumienia dla muzyki klasycznej.

Jaki jest przepis na dotarcie do klienta marek premium? Każda marka ma swój. Pisałem o tym trzy miesiące temu, przedstawiając nowego Lexusa LS, pisałem dwa miesiące temu, prezentując Audi A8, pisałem i miesiąc temu, gdy zajmowałem się Porsche Panamerą Sport Turismo. Piszę i dziś, bo właśnie wysiadłem z Mercedesa klasy S.

Wyświetl galerię [1/7]

Fot. Materiały prasowe

Coco wie

Wszystkie wymienione modele można wrzucić do jednego worka. Z napisem limuzyny. Można dodać dopisek premium. Ale nie trzeba. Dlaczego? Bo się różnimy w zdaniach, ocenach i odbiorze rzeczywistości. Dla mnie słowo limuzyna oznacza duży luksusowy samochód marki premium. Dla kogoś innego limuzyna jest największym sedanem/liftbackiem oferowanym przez konkretną markę. W ten sposób limuzyną może się stać np. Skoda Suberb. Są też tacy, którzy limuzyną nazwą wyłącznie „jamniki”, chętnie wykorzystywane podczas rozdawania nagród filmowych (to na świecie) lub wieczorów kawalerskich lub panieńskich (to w Polsce). Układam ten limuzynowy podział dla ułatwienia odbioru tego, co poniżej. Otóż używając słowa limuzyna, mam na myśli wyłącznie największe flagowe produkty samochodowych marek premium z nadwoziem innym niż SUV. Skoro mamy to poukładane, to komplikujemy bardziej. Każdy producent wymienionych modeli ma swój sposób na budowanie limuzyn. Zatem każda, choć niewątpliwie jest limuzyną, jest nią inaczej. Jak limuzyną jest Mercedes? Wszak to król gatunku. O, przepraszam, królowa!

Definicji luksusu jest wiele. W każdej odrobina prawdy. Christian Dior mówił, że ludzie instynktownie dążą do tego, żeby się pokazać, i tym tłumaczył potrzebę luksusu. Wiem, że ta definicja mogłaby pasować do MercedesaS. Ale nie pasuje — przynajmniej moim zdaniem. Dużo bardziej podoba mi się opinia Gabrielle Bonheur Chanel, znanej jako Coco Chanel. Twierdziła, że luksus to wcale nie przechwałki bogactwem i ozdoby, lecz brak wulgarności rozumianej jako powszechność lub zwyczajność. W sedno! Na razie.

Techno Mozarta

Niestety rozwija się technologia. Autonomia, komunikacja, asysta. Niestety dla Mercedesa. Nie dlatego, że ma problem, by nadgonić. Nadgania. Ale dlatego, że staje przed pogodzeniem zjawisk trudnych do pogodzenia: baroku z LTE czy prawdziwej sztuki z deadline'ami i nie wyglądania przy tym jak Mozart, któremu kazano by grać techno na potrzeby youtube'owych klików — czyli ciekawie, lecz bez gracji. Oto marka, która kojarzona w motoryzacji z tym, z czym barok w architekturze, musi między popier sia, malowidła i ociekające złotem ołtarze wstawić nowoczesną windę. Przeszkloną, panoramiczną i gadającą na temat pięter, które mija. Całość powinna zachować styl marki, szacunek dla własnej historii i jeszcze się sprzedawać. Ekwilibrystyka stosowana. No i współczesny Mercedes S. Obecna generacja (W222) jest na rynku od 2013 r. Rok temu model został poddany kuracji odmładzającej. Podczas debiutu był dumnie reklamowany jako najlepsze auto na świecie. Ale co to znaczy?

W klimacie

Czy topowa limuzyna ze Stuttgartu faktycznie jest niesamowitym samochodem? Niesamowitym pod względem umiejętności pogodzenia tego, co dla marki ważne (patrz barok), i tego, co konieczne (patrz panoramiczna winda). Mercedesowi udała się trudna sztuka rekonstrukcji pięknego barokowego obiektu. Z dbałością o detale (te przeszycia! Te fotele!), ale też z internetem, ekranami i systemami (kto by dziś chciał zamczysko bez internetu i ogrzewania?). System oświetlenia kabiny to czysty majstersztyk. Setki ustawień, setki kolorów. Magia klimatu. To na wskroś nowoczesny (choć na tle konkurencji wypada słabiej — o tym dalej) samochód, który zachowuje klimat Mercedesa. Wiecie: tak jak w jakimś momencie historii ludzkości ktoś uznał, że świeży oddech powinien pachnieć miętą, tak samo ktoś uznał, że luksusowy pojazd musi mieć gwiazdę. Coś w tym jest. Mięta równa się świeżość. Mercedes — luksus. Nie wysublimowany jak w Lexusie, nie sportowy jak w Porsche i nie technologiczny jak w Audi. Niemal pierwotny. Osiągnięty wyłącznie zachowaniem klimatu. Wbrew ekranowi o przekątnej większej od mojego telewizora, wbrew elektronicznym asys- tentom od wszystkiego i wbrew epatującej zewsząd nowoczesności. Klimat pozostał miętowy. Mercedesowski znaczy. Ten, o którym mówiła Coco Chanel, i ten, z którym ja Mercedesa kojarzę.

Klasa S w obecnym wydaniu jest autem paradnym. Dostojnym. Powściągliwym. Bez znaczenia jest liczebność stajni pod maską, liczba cylindrów czy rodzaj napędu. Klasą S się nie gna. Gdy widzę kogoś, kto korzysta z mocy w tym aucie, gna, „ile fabryka dała”, czy prowadzi szaleńczą „wyprzedzankę”, wiem jedno. Źle wybrał auto. S nie jest taka. A przynajmniej chcę w to wierzyć.

Hej, Mercedes!

Obecna klasa S to faktycznie model z 2013 r. Po kuracji sprzed roku, ale jednak. Konkurencja ma nowsze propozycje. Od Panamery przez Audi po Lexusa. To świeżynki. To nieco czuć. Ale komu jak komu Mercedesowi S nieco zmarszczek tylko dodaje uroku. Ten samochód nie musi być najnowocześniejszy, najszybszy. Musi być najwygodniejszy. Jeśli masz co do tego wątpliwości, zasiądź na tylnej kanapie „eski”. Oprzyj głowę, wyciągnij nogi. Już rozumiesz? Teraz najsmutniejsza część. Można się spodziewać, że kiedy młodsze od klasy S modele zaczną przechodzić kuracje odmładzające, na rynek wkroczy kolejna generacja największego Mercedesa — cała w bieli. Będzie inaczej. Coco Chanel już nie ma. Ja się starzeję. Podobnie jak wszyscy, którzy cenili Mercedesa za bezkompromisowe podejście do tego, czym jest luksus. Jakie wymagania postawią przed tą marką nowe pokolenia? Automatyczne? Elektryczne? Na nowo trzeba będzie się zastanowić, jak rozumieć prawdziwy luksus. Czy luksusowa torebka to taka, której — choć musisz wydać na nią dwie pensje — wszyscy ci zazdroszczą? Czy luksusem będzie czas zaoszczędzony dzięki samojezdnym pojazdom czy przeciwnie: możliwość prowadzenia w świecie aut robotów? Na to pytanie odpowiedzą moi następcy, wykorzystując do tego celu jakieś nowe medium. Ja… ja pewnie zdążę jeszcze zapytać o to samą królową.

Jestem niemal pewien, że unikatowy system komunikacji, który debiutuje w nowych modelach Mercedesa wjeżdżających właśnie na salony, trafi do kolejnej generacji klasy S.

Działa trochę jak Apple’owska Siri. Wystarczy powiedzieć: „Hej, Mercedes!”, by zaczął udzielać odpowiedzi na zadawane pytania, prowadzić do celu czy odtwarzać muzykę. A skoro trafi, to mam prośbę do inżynierów, by zmienili to zawołanie. Do królowej? Hej? To nie eleganckie, nie przystoi, grozi ścięciem i… Coco byłaby zawiedziona. O klimat trzeba dbać. To mięta luksusowej motoryzacji. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Poczekajcie na głos królowej