Kolejne rządy, pod sztandarami wolnego rynku i bezpieczeństwa, nieustannie majstrują przy energetyce. A konkurencji, jak nie było, tak nie ma.
Przemiany organizacyjne w polskiej energetyce trwają od lat 90. Najpierw dawny monopol państwowy podzielono na kilkadziesiąt niezależnie funkcjonujących przedsiębiorstw, z których część zajęła się produkcją energii, część dystrybucją, a jedno — Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) — przesyłem. Teraz powoli przybliżamy się do dawnej struktury branży. Poprzednie rządy skonsolidowały poziomo rozdrobnione elektrownie i spółki dystrybucyjne, istotnie ograniczając liczbę działających w sektorze dużych podmiotów. Na Śląsku powstał wówczas Południowy Koncern Energetyczny (PKE). Kilka lat później w ślady śląskich elektrowni poszli kolejni producenci, tworząc holding BOT Górnictwo i Energetyka. Szeregi zwarły też spółki dystrybucyjne. Wszystkie z wyjątkiem szóstki ze wschodniej Polski, dwóch zakładów z Łodzi i dwóch kolejnych sprywatyzowanych z udziałem inwestorów zagranicznych (GZE — Vattenfall, Stoen — RWE), weszły w skład czterech grup zaopatrujących po kilkanaście procent rynku każda. Obecny rząd planuje ponowną budowę powiązań pionowych między wytwarzaniem a dystrybucją.
Konkurencji nie widać
Większość ekspertów twierdzi, że to kierunek, w którym branża musiała pójść prędzej czy później, bo taka jest jej struktura w większości państw europejskich. Dyskutowano głównie o tym, kto powinien przeprowadzać te zmiany — inwestorzy kierujący się prawami rynku czy państwo, które — mimo rozpoczętej jeszcze w latach 90. prywatyzacji elektroenergetyki — wciąż jest właścicielem lwiej części aktywów? Wygrała koncepcja administracyjnej konsolidacji, której towarzyszą deklaracje rządu, że największy podmiot w branży — powstająca wokół BOT Polska Grupa Energetyczna — pozostanie pod kontrolą państwa, by stać na straży jego bezpieczeństwa energetycznego.
A gdzie rynek? Gdzieś się w tym wszystkim zagubił, choć nieustannie mówią o nim urzędnicy i inwestorzy, a ostatnio coraz częściej także państwowe firmy. Jest z nim trochę tak, jak z króliczkiem z piosenki Agnieszki Osieckiej. Decydenci zdają się czerpać satysfakcję z samej pogoni. Skutki działań niezmiennie służących budowie wolnej konkurencji nadal trudno dostrzec bez użycia lupy.
W połowie 2000 r. prezes Urzędu Regulacji Energetyki, utworzonego pod koniec lat 90. (w 1999 r. rząd powierzył mu regulowanie cen kształtowanych wcześniej ustawowo), uznał, że konkurencyjne stosunki panują już między firmami wytwórczymi. Zwolnił je wówczas z obowiązku przedkładania do zatwierdzenia taryf na energię elektryczną. Formalnie oznaczało to początek nieskrępowanej walki konkurencyjnej na rynku hurtowym. W praktyce jednak była ona wciąż ograniczona m.in. z powodu istnienia kontraktów długoterminowych na sprzedaż energii między większością dużych producentów a PSE, których głównym zadaniem było przysyłanie prądu w ogólnokrajowej sieci.
Uwięziona energia
Kolejne rządy usiłują uporać się z problemem KDT. Obecna ekipa stoi pod ścianą, bo kontrakty zakwestionowała Komisja Europejska, grożąc karami, jeśli nie zostaną zlikwidowane. Ich ustawowe rozwiązanie zapowiada się na 2008 r. W międzyczasie udział energii z KDT w krajowej sprzedaży istotnie zmalał (wynosi obecnie niespełna 50 proc.), ale większość klientów energetyki nadal nie odczuwa dynamicznego rozwoju konkurencji. Choć od września 1998 r. rynek jest formalnie otwarty dla największych odbiorców (obowiązuje tzw. zasada TPA umożliwiająca swobodny wybór dostawcy energii), a od lipca 2004 r. — dla wszystkich, z wyjątkiem gospodarstw domowych (czyli dla 1,7 mln klientów), w praktyce bardzo nieliczni konsumenci prądu korzystają z prawa do zmiany dostawcy. Według różnych danych, bez pośrednictwa lokalnych dystrybutorów odbiorcy kupują zaledwie 7-10 proc. prądu, choć teoretyczny stopień otwarcia rynku to około 80 proc.
Winą coraz rzadziej obarcza się pomysłodawców KDT, bo brak konkurencji na pozostałej, teoretycznie wolnej, części rynku wskazuje na inne przyczyny nikłych postępów liberalizacji. Spółki obrotu, jedyny podsektor elektroenergetyki ze zdecydowaną przewagą kapitału prywatnego (formalnie jest ich około 200, na poważną skalę działa około 20), obwiniają dystrybutorów, naturalnych monopolistów rządzących sieciami niskiego i średniego napięcia, że stawiają bariery klientom pragnącym skorzystać z zasady TPA. Winią też regulatora, że na takie praktyki pozwala. URE tłumaczy, że złe prawo wiąże mu ręce. Wszystko ma się zmienić, gdy dystrybutorzy wyodrębnią ze swoich struktur przynajmniej formalnie niezależnych operatorów sieci, co — według programu rządu — powinno nastąpić jeszcze w tym roku, a znowelizowane prawo energetyczne usunie pozostałe przeszkody stojące na drodze wolnej konkurencji.
Szansa dla rynku
Czy się zmieni? Na pewno nie od razu, choć teoretycznie już za rok prawo wyboru dostawcy energii uzyskają wszyscy odbiorcy, czyli aż 15-milionowy rynek. Sceptycy twierdzą, że jeśli sieci pozostaną pod kapitałową kontrolą dystrybucji, konkurencji nadal nie będzie. Dystrybutorzy przekonują, że nie przeszkadzają i nie będą przeszkadzać klientom w zmianie dostawcy, jednak ich zdaniem, nie należy spodziewać się rewolucji na rynku, bo odbiorcy cenią bezpieczeństwo, które zapewnia im współpraca z tradycyjnymi zakładami energetycznymi.