Podatek liniowy nie szkodzi

Wiktor Krzyżanowski
opublikowano: 2003-06-11 00:00

Reakcja resortu finansów na propozycje wprowadzenia podatku liniowego od początku naszej akcji, propagującej tę ideę, była paniczna. Gdy tylko na łamach „PB” przedsiębiorcy i ekonomiści zaczęli przekonywać do tego rozwiązania, w wykupionym za publiczne pieniądze dodatku do „Gazety Wyborczej” pojawił się artykuł „Liniowe bajania” (fragmenty obok), który ideę podatku proporcjonalnego sprowadza do poziomu bajki. Wtedy już tłumaczyliśmy tzw. ekspertom, zatrudnionym przez resort finansów, że do energii elektrycznej, motoryzacji czy samolotów też odnoszono się na początku z rezerwą. Głupotą jednak jest negowanie czegoś, czego się nie rozumie.

Sytuacja Grzegorza Kołodki skomplikowała się, gdy premier Miller oświadczył, że należy „poważnie rozważyć i ewentualnie wdrożyć” zgłoszony przez Radę Przedsiębiorczości projekt podatku liniowego. Na reakcję nie trzeba było długo czekać — resort finansów rozesłał swoją odpowiedź na projekt przedsiębiorców. Jednocześnie na internetowych stronach resortu pojawiła się rubryka „podatek liniowy”, w której zamieszczono różnej maści pseudoartykuły, negujące ideę opodatkowania proporcjonalnego.

Nas jednak formuła debaty, uporczywie narzucana przez ministra Kołodkę, nie wciąga. Postanowiliśmy sprawdzić, czy zgłoszony przez PKPP projekt rzeczywiście czyni zadość warunkom brzegowym, które postawić należy każdej koncepcji zmian w systemie podatkowym: neutralności dla budżetu i dla osób najmniej zarabiających.

Przedsiębiorcy twierdzą, że wprowadzenie od 2004 r. 18-proc. podatku proporcjonalnego, kwoty wolnej od opodatkowania na poziomie 4000 zł i jednoczesna likwidacja wszystkich ulg nie spowodują ubytków budżetowych. Resort finansów twierdzi, że budżet straci około 10 mld zł. Problem polega jednak na tym, że ministerstwo tylko straszy, nie ujawniając, skąd owych 10 mld zł się wzięło. Przedsiębiorcy — przeciwnie — przedstawiają rzetelną analizę dochodów budżetowych (według danych za 2002 r.). Wynika z niej, że — bez uwzględnienia ulg — dochody budżetu z tytułu podatku PIT w 2002 r. powinny wynieść (według obecnych zasad) 29 mld zł. W rzeczywistości wyniosły 24 mld zł. Z analizy przedsiębiorców wynika, że przy wprowadzeniu 18-proc. podatku liniowego przychody z tego tytułu wyniosłyby 26 mld zł, a w związku z likwidacją wszystkich ulg byłaby to kwota rzeczywistych przychodów, pomniejszonych jedynie o ulgi związane z tzw. prawami nabytymi (np. mieszkaniowe), które — w ocenie ekspertów PKPP — nie powinny być wyższe niż 2-3 mld zł i w każdym roku byłyby niższe. Można więc przyjąć, że wprowadzenie podatku liniowego nie spowoduje ubytku dochodów budżetu. Zmieni się tylko — i o to tu chodzi — tzw. kwota wynagrodzeń netto po uwzględnieniu potrąceń — czyli ilość pieniędzy, która faktycznie trafia do kieszeni podatników. Przy podatku liniowym byłaby ona wyższa o ponad 3 mld zł. To miałby być główny efekt prorozwojowy podatku liniowego.

Pozostaje kwestia najmniej zarabiających. Bo o ile opowieści o sprawiedliwości społecznej włożyć między bajki, o tyle zmiany systemu podatkowego nie mogą doprowadzać do ubożenia najbiedniejszej części społeczeństwa, gdyż powodowałoby to nie tylko niebezpieczeństwo protestów, ale zagrażało i tak wątłemu wzrostowi. Resort finansów twierdzi, że propozycje PKPP spowodują, iż 20 mln podatników zapłaci więcej. Znów jednak nie wiadomo, skąd ten wniosek. Z kolei z obliczeń przedsiębiorców (według danych za 2002 r.) wynika, że średni podatek dochodowy od wynagrodzeń brutto wynosi od 7,76 do 18,6 proc. w zależności od wysokości dochodów. Przy zastosowaniu jednolitej stawki 18 proc. i zwiększeniu kwoty wolnej przedział ten wyniesie 7,13-13,79 proc. Wniosek jest prosty — każdy zapłaci mniej, choć rzeczywiście najmniej zarabiający zapłacą nieco mniej, zaś im wyższe zarobki, tym większa korzyść ze zmian.

"Czy można dziś żyć z opowiadania bajek? Okazuje się, że tak. Ostatnio nieźle sprzedają się bajki o podatku liniowym.

Zwolennicy podatku liniowego powiadają: sprawiedliwiej będzie, gdy każdy zapłaci ten sam procent podatku od swego dochodu. Pogląd taki, pozornie kuszący, nie uwzględnia jednak zasadniczej okoliczności. Łatwiej jest zapłacić wyższy podatek od miliona złotych niż od tysiąca. Stwórzmy symulację efektów wprowadzenia podatku liniowego o bardzo niskiej stawce, zaledwie 15,4 proc. (a warto zauważyć, iż wielu „analityków” i innych „ekspertów” opowiada się za stawką na poziomie 17-20 proc.). Z symulacji tej wynika, iż dla podatników o najniższych dochodach rozwiązanie to oznacza podwyższenie obciążeń podatkowych. A podatników takich jest w Polsce około 15 milionów. O ile jednak w tę bajkę uwierzyć może ktoś, kto ma trudności z opanowaniem tabliczki mnożenia, w kolejną nie wierzą chyba nawet ci, którzy ją wymyślili: doświadczenie lat ubiegłych wskazuje, iż obniżenie stawki podatku dochodowego z 40 do 27 proc. nie spowodowało zapowiadanego boomu na rynku pracy".

Sponsorowany przez Ministerstwo Finansów dodatek do „Gazety Wyborczej” z 22 kwietnia

"Wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 18 proc. wraz z kwotą wolną od podatku w wysokości 4000 zł nie zachowuje warunku neutralności zmian podatkowych dla budżetu państwa. W warunkach 2004 r. wprowadzenie proponowanego podatku oznaczałoby utratę wpływów budżetowych państwa na poziomie około

10 mld zł, z czego strata na wpływach podatkowych i wpływach ze składek na Narodowy Fundusz Zdrowia wyniosłaby około 3 mld zł, ubytki związane z koniecznością respektowania praw nabytych dla ulg podatkowych stanowiłyby dodatkowe 5,7 mld zł, a pozostałe 1,3 mld zł to opóźniony efekt wspólnego rozliczenia małżonków i osób samotnie wychowujących dzieci. Biorąc więc pod uwagę konieczność zachowania planowanych wpływów budżetowych w 2004 r., stawka podatku liniowego musiałaby wynieść około 21,5 proc. Oznaczałoby to drastyczne zwiększenie obciążeń osób o najniższych dochodach, przy równoczesnym zmniejszeniu opodatkowania najlepiej uposażonych. Na zmianach straciłoby ponad 20 milionów osób".

Oświadczenie Ministerstwa Finansów z 9 czerwca