Pogarda dla ceny

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2015-04-24 00:00

AUTOPORTRET: Za wszystko przychodzi nam płacić. Banał? Owszem, ale życiowy.

No chyba żartujesz! – strzeliła focha redaktor prowadząca „Puls Biznesu Weekend” na propozycję opisania do kolejnego numeru Suzuki Vitary. – Za tani! – argumentowała. – Nie pasuje.

Za wszystko przychodzi nam płacić. Banał? Owszem, ale życiowy. Podatki, bilet tramwajowy, a jeśli się zbiesisz, to mandat lub kara. Takie zasady. Benzyna, drogi, jedzenie, telefony i odzienie. Idę o zakład, że każdego dnia myślisz o cenie czegoś tam. A przynajmniej kilka razy w tygodniu owa cena cię przeraża. Zastanawiasz się: ile? dlaczego? za co? Nie, nie rozwiążę tych dylematów (zresztą, gdybym to potrafił, to takie rozwiązanie miałoby swoją cenę). Chcę tylko dać ci chwilę oddechu. Zupełnie za darmo (nie licząc ceny prenumeraty „PB”).

Antykoncepcja

Usłyszałem kiedyś opinię, że prezerwatywa daje około 90-procentową pewność, iż wieczorne igraszki nie skończą się igraszkami z pieluchami. Tabletki dają mniej więcej 98 proc. takiej pewności. A jeśli jeździsz SUV-em, to masz tej pewności jak w leasingu. Czyli 102 proc. i więcej.

Prawda? Jeśli tak, to ludzkość albo zmieni podejście do antykoncepcji i SUV-ów, albo najzwyczajniej wymrze. Bo idą czasy SUV-ów. Mniejszych, większych, drogich i tanich, ale SUV-ów. Umówmy się: samochody rosną. W górę. Kolejni producenci albo do oferty SUV-y wprowadzają, albo ją rozwijają. Oczywiście, nie nazywają ich SUV-ami, powstają kolejne podgrupy. Ale fakty są takie: coraz szybciej z rynku wypierane są auta, które SUV-ami nie są. Tymczasem SUV-y (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) po prostu są zupełnie nieseksowne. To co, koniec prokreacji? Otóż nie. Początek dopiero. Bo nikt tu niczego nikomu nie robi na złość. Nie ma mowy o zdradzie. Jest mowa o postępie i o pogoni za króliczkiem… klientem znaczy. Jest mowa o zmianie i o tym, że to nie motoryzacja się psuje, tylko ty nie nadążasz. Reszta nadąża. Chce SUV- -ów. Przystępnych. Ludzkość żąda takich aut jak nowe Suzuki Vitara.

Rachunek

Łatwiej pisać o autach spektakularnych. Zgadzam się z redaktor prowadzącą. Szybkich, drogich. Powalających. One urzekają. Oczarowują. Tak jak kolacja z modelką. Będziesz zachwycony! Zrobisz kilka fotek na Facebooka i generalnie szyk i szacunek na mieście. I choć daleko mi (a raczej sumie na moim koncie) do motoryzacji przez ultraszybkie M, jakoś nigdy przy wyborze samochodu nie kierowałem się argumentem w stylu „regularny kształt bagażnika” czy „umiarkowany apetyt na paliwo”. Decydujące zawsze były emocje. Są? Biorę. Nie ma? Szukam dalej. Uchwyty na napoje? Schowki? No proszę was! Nie baru szukam, nie szafy. Samochód mi potrzeby.

Taki, do którego gęba będzie się śmiała. Ma nie tylko wozić, ale i humor poprawiać. Ekonomika, ergonomia i inne rzeczy na „e” to wtórne problemy. Ale takie podejście ma minusy. Czuje je głównie skąpa suma na koncie. Zabawa kosztuje. Emocje też. Nie ma rollercoastera za darmo. A im bardziej szalona przejażdżka, tym drożej. Takie życie. A jeśli ktoś nie lubi ekstremalnych rozrywek? No cóż, to wybierze SUV-a.

Konus na obcasach

Fala. Ogromna. Małe SUV-y jak chińska armia. Atakują małymi grupami. Tak po dwa, góra trzy miliony. Wszyscy mają małego SUV-a, mam i ja — coś takiego musiało przyświecać producentom, którzy dosłownie rzucili się do desek kreślarskich. Ale co pili przy pracy, że każdemu z nich spod pióra wyjechał SUV? Tego nie wiem. Mamy za to wysyp małych SUV-ów.

Honda HR-V (to za chwilę), Mazda CX-3 (to prawie już), do tego masa tzw. konceptów. Od luksusowych (Aston Marin DBX Concept czy malutki Lexus LF-NX) po „normalne” (Toyota C-HR). Zjawisku towarzyszy odwrót aut z innych grup. Sedany segmentu D, terenówki na ramie to tylko dwa przykłady gatunków na wymarciu. Mamy do czynienia z jedyną w przyrodzie sytuacją, w której to nie przedstawiciele czystej krwi, lecz mieszańce są objęte ochroną gatunkową.

Jakie będą skutki? A takie, że nawet jeśli kochasz czystą krew, kultowe marki i ramowe konstrukcje, to kupisz SUV-a. Prędzej czy później. Bo albo poddasz się modzie, albo owa moda cię do tego zmusi (nie dotyczy finansowych krezusów). Wkrótce sprzedasz swojego Saaba i kupisz Nissana Juke (nie dotyczy finansowych krezusów). Do czego zmierzam? Do tego, że jeśli możesz sobie pozwolić na jedno auto, będzie to SUV. A jeśli mieszkasz w mieście, to z dużą dozą prawdopodobieństwa mały.

Mecz z tradycjami

No nie ma szans na emocje. Nie oszukujmy się. Mały SUV to kompromis. Nawet jeśli będzie drogi i luksusowy, nadal kompromisem pozostanie. Takim, który ma godzić kilka zalet, ale każda jest okrojona z czegoś na rzecz innej. I tak — za wyższy prześwit zapłacisz gorszym prowadzeniem. By poprawić prowadzenie, zrezygnujesz z właściwości terenowych. Łatwość parkowania okupisz ciasnotą itd. Do tego zapomnij o mocnych silnikach. Nie w małych SUV-ach. Powody są dwa. Jeden to europejski foch na dwutlenek węgla, drugi — średni sens umieszczania 200 KM pod maską jeżdżącego kompromisu (każdy, kto jeździł 190-konnym Nissanem Juke, wie, o czym mówię). To jak dojrzała kobieta w czapce z pomponem. Po co? Co to ma oznaczać? Że chce się wyróżnić? Jeśli tak to… tylko nie pomponem!

A jeśli na prawdziwe wyróżnienie się nie masz odwagi (lub pieniędzy), to odpuść sobie ten… pompon. Kup normalnego małego SUV-a. Vitarę na przykład. Nowa Vitara to esencja tego, czym będą auta „dla ludu”. Jest kompaktowo, w miarę przestronnie i niedrogo. Fakt, emocji w nich tyle, ile w przemówieniu Waldemara Pawlaka. Ale dodanie dyskotekowej kuli nad głową premiera ani jemu powagi, ani przemówieniu siły nie przysporzy. Będzie tylko śmiesznie.

6:0 do przerwy

Nowa Vitara (i jej podobne produkty) to odbicie oczekiwań tych, którzy nowe samochody kupują. W Polsce. Z każdą z sześciu poprzedniczek łączy ją tylko nazwa. Zbudowana jest na płycie podłogowej modelu S-Cross. Tak, dobrze napisałem. Na płycie, nie ramie (czy chociaż ramie częściowej). Tak bywało drzewiej. Teraz rama jest fe! Czasy się zmieniają i klienci nie potrzebują pojazdów zdolnych wyjeżdżać z błota. Ani nawet w nie wjeżdżać. Prym wiodą niewielkie crossovery, których właścicielom nie przejdzie nawet przez myśl, by zjechać z utwardzonej drogi. I taka jest Vitara (1:0 dla niej).

Schodzący ze sceny model, czyli Grand Vitara, którą dzisiejszy bohater ma zastąpić, była spora. Rozmiarami zbliżona do Toyoty Rav4. Nowa propozycja na 4,17 m długości i 1,77 m szerokości. Rozstaw osi to 2,5 m. Wymiary stawiają więc ten samochód na równi z autami segmentu B. To kolejny dowód na to, że Vitarę projektowano z myślą o mieście, a nie o lesie. A to w mieście mieszkają nabywcy aut z segmentu B. Kolejny punkt (to już 2:0). Trzeci punkt za wnętrze. Jest co prawda szare, ale (i to też zgodne z tendencjami) można je kolorystycznie uatrakcyjnić (3:0). Czwarty „gol” za to, że jest „terenówką” wyłącznie z aparycji. Zawieszenie ewidentnie proasfaltowe (z przodu kolumny McPhersona, z tyłu — belka skrętna). A dzisiejszym klientom w ogromnej większości wystarczy terenowy wygląd. Prowadzić się auto ma szosowo. Kolejny punkt (szósty) za napchanie auta różnymi gadżetami. W Vitarze po raz pierwszy w historii Suzuki zastosowano np. adaptacyjny tempomat i system kontroli zjazdu. Jest też system inforozrywki kompatybilny ze smartfonami. Słowem: to, co tygrysy — wróć! — dzisiejsi klienci lubią najbardziej.

Cena czyni cuda

Polski rynek ma jeszcze jedną cechę. I pod tym względem Vitara też punktuje. I to chyba najbardziej. Otóż, jeśli Kowalski kupuje nowe auto, to wybiera tanie. Ale nie tanie w użytkowaniu. Na niską cenę stawia. W salonie. No i tu Vitara ma mocne argumenty. Kosztuje prawie „budżetowo” (po Dacii Duster to najtańsze 4x4 na rynku), a wygląda (to subiektywna ocena) lepiej o kilkadziesiąt tysięcy. Reszta konkurencji… no cóż, droższa. Najtańsze Mitsubishi ASX z napędem na obie osie to wydatek ponad 100 tys. zł. Nowość z Turynu — Fiat 500 X z napędem na obie osie jest dostępny za ponad 86 tys. zł. A Vitara? A za niespełna 70 tys. zł. I to przyzwoicie wyposażona i oczywiście pędzona na obie osie.

Pean

No to dlaczego piszę o aucie, które kosztuje „zaledwie” tyle, ile komplet felg do zwyczajowych gości tych stron „PB Weekendu”? Żeby uzmysłowić sobie (ale i wam), że przyszłością motoryzacji nie są (nad czym ubolewam) czystej krwi pojazdy, lecz „kundle” kosztujące tyle co komplet dywaników i trzy przeglądy tych pierwszych. Że choć segment premium rośnie, to nigdy nie dogoni małego SUV-a z małym silnikiem i bagażem emocjonalnym, który zmieści się w uchwycie na napoje. I jak? Pooddychałeś? Ulga? No to dobrze. Bo za miesiąc o Lexusie RCF będzie. A on ma felgi w cenie Vitary.

Metoda. W Polsce Vitarę napędza jeden silnik. Benzynowy, 1,6 l. i 120 KM. Na innych rynkach auto jest dostępne rownież z dieslem. Polski importer doszedł do wniosku, że samochód z takim silnikiem byłby u nas za drogi, a właśnie z ceny chciał uczynić kartę przetargową.

Lustro. Vitara jest dokładnym odbiciem oczekiwań nabywców samochodów popularnych. Mała, wysoko zawieszona i napchana elektroniką.