25-36 proc. Polaków inwestuje — wynika z analizy przeprowadzonej przez prof. Katarzynę Sekścińską z Uniwersytetu Warszawskiego na zlecenie spółki nieruchomościowej Accolade. Badaczka zastrzega jednak, że wyniki są jednocześnie niedoszacowane i przeszacowane.
— Polacy absolutnie nie traktują serio PPK i IKZE. Wielu uważa, że to forma oszczędzania, a nie inwestowania. Z drugiej strony zawyżane są deklaracje dotyczące nieruchomości. Inwestycje często sprowadzają się do tego, że wyremontowali mieszkanie. Albo mówią: mamy nową elewację budynku, teraz jest więcej wart, czyli zainwestowaliśmy — mówi Katarzyna Sekścińska.
W grupie osób, które mają co najmniej 14 tys. zł oszczędności, 68 proc. deklaruje, że podejmuje jakieś działania inwestycyjne. Najczęściej są to jednak najbezpieczniejsze formy lokowania kapitału — dominują lokaty i konta oszczędnościowe, na które wskazało 68 proc. badanych. 39 proc. trzyma kapitał na rachunku bieżącym, z którego regularnie korzysta. 24 proc. kupiło obligacje, 20 proc. odkłada w ramach IKE, IKZE lub PPK, a 19 proc. przechowuje gotówkę w domu. W fundusze inwestycyjne (TFI) zainwestowało zaledwie 16 proc., a 15 proc. w akcje spółek notowanych na giełdzie. Inwestycje w nieruchomości deklaruje 13 proc., a w domy i apartamenty za granicą zaledwie 3 proc.
Sufitu nie ma, są bariery
Dane jednoznacznie wskazują, że nie osiągnęliśmy jeszcze maksimum zainteresowania inwestowaniem.
— Aż 95 proc. osób, które dziś inwestują, chciałoby inwestować więcej. Wśród tych, którzy nie inwestują, 73 proc. deklaruje, że chce zacząć. Potencjał jest więc znaczący, problem w tym, że coś go blokuje. Jedną z barier jest stosunek do poziomu oszczędności. 37 proc. Polaków deklaruje, że posiada rezerwę przekraczającą równowartość trzech miesięcznych pensji. 22 proc. ma oszczędności wyższe niż sześciomiesięczne dochody, czyli poziom uznawany za bezpieczną poduszkę finansową — mówi Katarzyna Sekścińska.
29 proc. respondentów dysponowało kwotą do 15 tys. zł, 33 proc. miało 16-25 tys. zł, a pozostali ponad 26 tys. zł. Teoretycznie to poziom pozwalający rozpocząć inwestowanie. W praktyce barierą okazuje się próg psychologiczny.
— Respondenci deklarują, że aby wejść w fundusze inwestycyjne, potrzeba prawie 25 tys. zł. W przypadku akcji jest to 22 tys. zł, obligacji 14 tys., a lokat 12,6 tys. zł. W efekcie mimo realnych oszczędności wiele osób uznaje, że nie stać ich na inwestowanie. W przypadku nieruchomości próg wejścia jest jeszcze wyższy i wynosi 650 tys. zł — dodaje Katarzyna Sekścińska.
Podkreśla jednocześnie, że niemal dwa razy więcej Polaków niż Czechów uważa, że inwestować można wyłącznie zbędne pieniądze.
— To trochę jak Yeti — wszyscy o nich słyszeli, ale mało kto je widział. W Polsce inwestor wciąż bywa postrzegany jako gruba ryba, osoba zamożna, o wysokiej pozycji społecznej, ekspert finansowy. Inwestowanie nadal jest traktowane jako domena wybranych, a nie narzędzie budowania majątku dostępne dla szerokiej grupy osób — tłumaczy Katarzyna Sekścińska.
Lekcja sprzed niemal dwóch dekad
Analitycy portalu RynekPierwotny.pl przypominają, że globalny kryzys finansowy z 2008 r., zapoczątkowany w USA i dotkliwy także dla Europy, przyniósł w Polsce spadek cen mieszkań z drugiej ręki rzędu 20–30 proc. w ciągu kolejnych pięciu lat.
Na rynkach kapitałowych dominowała wówczas wyprzedaż. Inwestor, który kupił akcje w dołku, mógł w kolejnych latach liczyć na ponadprzeciętne zyski. Amerykański indeks S&P 500 w latach 2008-25 r. wraz z dywidendami wzrósł o około 1180 proc.
— Z naszej analizy wynika, że w tym samym horyzoncie czasowym równie atrakcyjny wzrost wartości zapewniał zakup nieruchomości na kredyt — przy 80 proc. LTV, czyli poziomie zadłużenia 80 proc. w stosunku do 20 proc. wkładu własnego. Przypomnijmy jednak, że 2008 r. oznaczał na rynku nieruchomości zakup na górce cenowej. Jeśli przyjmiemy, że zyski z czynszu służyły nam do nadpłacania rat kredytu, to w efekcie tzw. dźwigni finansowej udałoby nam osiągnąć zwrot rzędu 810 proc., jeśli sprzedalibyśmy ją na koniec 2025 r. Jest jednak jedno „ale”. O takiej rentowności można mówić w dłuższym horyzoncie czasowym. Gdyby inwestor zdecydował się sprzedać taką nieruchomość w pierwszych latach po globalnym kryzysie finansowym, byłoby to równoznaczne ze stratą — zakup mieszkania z pomocą kredytu powodowałby utratę wartości nawet mimo jego wynajmu. Co więcej, konieczne było dokładanie do rat kredytów — tłumaczy Jan Dziekoński, główny ekonomista portalu RynekPierwotny.pl.
Wysokie stopy zwrotu przyniosły także kruszce. W latach 2008-25 r. srebro zyskało 676 proc., a złoto 500, choć ostatnie miesiące przyniosły korektę. Polska giełda wypadła stabilnie, ale mniej spektakularnie — indeks WIG wzrósł o 406 proc., a WIG20 z dywidendami o 231.
