Kryzys jest większy, niż się ktokolwiek spodziewał — przyznał premier Donald Tusk, podkreślając, że sytuacja Polski jest relatywnie dobra. To prawda — "stara" Europa pogrąża się w recesji, a także nowa, z nielicznymi wyjątkami, do których wciąż jeszcze należy Polska, ledwie dyszy. Łotwa, Estonia — niedawne tygrysy, którym zazdrościliśmy wzrostu gospodarczego, pogrążają się w chaosie. Niemcy — symbol stabilności — mają gospodarkę o 2 proc. mniejszą niż kwartał wcześniej. Poza Unią dzieje się jeszcze gorzej — Ukraina stacza się w otchłań. Lektura danych statystycznych o państwach europejskich zaczyna powoli przypominać apel poległych. Nic dziwnego, że coraz trudniej utrzymać nerwy na wodzy.
Politycy mają poczucie, że muszą "coś" zrobić, by przeciwstawić się kryzysowi. Ponieważ nie za bardzo wiedzą co, mamy wysyp pomysłów, wśród których prym, jak dotychczas, wiedzie wicepremier Waldemar Pawlak z koncepcją unieważnienia opcji walutowych. Nerwy stracił nawet minister finansów Jacek Rostowski, który w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" nie wykluczył podwyżki podatków.
Niski deficyt budżetowy jest dobrym celem, zwłaszcza na czas kryzysu, ale wiara, że osiągnie się go dzięki podwyżce podatków (nawet to ostateczność), może być złudna. Może lepiej (skoro już rząd postawił na oszczędności ) zastanowić się, czy wszystkie tzw. wydatki sztywne muszą być sztywne. Jeśli już rząd jest zdeterminowany, by wcielić w życie niepopularne decyzje, to warto zdecydować się na te, które okażą się skuteczne. Podwyżka podatków taką nie będzie.
Adam Sofuł