Kuriozalnie zakończyło się na przykład przesilenie w województwie podkarpackim. Przypomnijmy, że po tzw. seksaferze tamtejszy sejmik wyrzucił marszałka Mirosława Karapytę, co równało się odwołaniu całego zarządu województwa. Ale w nowym rozdaniu posypała się chwiejna koalicja PO-PSL-SLD i głosami 17:15 władzę przechwyciło PiS. Marszałkiem został dotychczasowy senator Władysław Ortyl, dzięki przeciągnięciu dwóch radnych upadłej koalicji. Lucjan Kuźniar (PSL) i Jan Burek (PO) za tę woltę zostali wicemarszałkami.
Takie kupczenie stanowiskami to nawet nie folklor, raczej cyrk polityczny. W Sejmie zmiana barw jednego czy dwóch posłów nie ma jednak aż takiego znaczenia, w każdym razie rząd z tego powodu nie upada. Organy stanowiące samorządu terytorialnego (sejmiki i rady) są jednak niezrównanie mniejsze liczebnie, często jakaś ekipa rządzi z przewagą dosłownie jednego mandatu i tam każde drgnięcie czyichś poglądów może wysadzić cały układ.
Ale w Rzeszowie inna okoliczność jest ciekawsza od samej zmiany stołków. Oburzeni byli koledzy partyjni Jana Burka (dotychczas… szefa klubu PO w sejmiku) żądają od niego złożenia mandatu i nagłaśniają jego nepotyzm: jeden zięć jest wicedyrektorem filharmonii (podległej zarządowi województwa), drugi wicedyrektorem w spółce kierującej lotniskiem Rzeszów Jasionka (z większościowym udziałem województwa), córka pracuje w Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego (udziały także ma samorząd wojewódzki). Czyli relacje wręcz typowe — w ubiegłym roku „PB” drukował listy takich przykładów z całego kraju. Ciekawe, że gdy kolega Burek był „tylko” prominentnym radnym, partyjnym moralistom te relacje absolutnie nie przeszkadzały…