Polityka hamowała popyt na giełdach europejskich

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-12-18 00:00

W USA nastąpiło w poniedziałek klasyczne, ale mocne odbicie po dwóch tygodniach spadków. Inwestorzy wierzą we wzrosty typowe dla końcówki roku, a funduszom to odpowiada, bo chcą podnieść wyceny portfeli do swoich raportów. Poza tym podziałały wsparcia na indeksach na średniej 50-sesyjnej, która zawsze jest istotną linią obrony byków.

Wszystko było interpretowane na korzyść posiadaczy akcji. Wal-Mart oświadczył, że w ostatnim tygodniu sprzedaż była w dolnym zakresie prognoz, a Federated Department Stores poinformował, że świąteczna sprzedaż będzie słaba. Kursy wzrosły. To najbardziej wymownie pokazuje, że wyłącznie oczekiwania na „windows dressing” sterują rynkiem. Mocno wzrosła cena ropy naftowej dochodząc kolejny raz do linii szyi formacji odwróconej RGR, grożącej wzrostem cen powyżej 43 USD. Nikt się jednak tym nie przejął. Analitycy muszą zdawać sobie z tego sprawę, ale fundusze chwilowo oślepły i nie widzą, co dzieje się na wykresie złota — klasyczne podwójne dno z zakresem wzrostu przynajmniej do 405 USD. Ropa i złoto pociągnęły za sobą indeks surowców CRB, który jest na dwuletnim maksimum. To normalnie powinno prowadzić do wzrostu inflacji, ale konsument nie chce płacić więcej.

Za to ważne było, że Lehman Brothers i Goldman Sachs rekomendowały inwestorom zwiększenie w portfelach ilości amerykańskich akcji kosztem europejskich. Prawda jest taka, że rekomendacje tego typu będą się mnożyć w USA. W ostatnich tygodniach było bardzo słabo z wpływem kapitału do funduszy, a jeśli wpływały to w 2/3 do funduszy akcji nie zajmujących się rynkiem amerykańskim. Trzeba ratować sytuację rekomendacjami.

Najważniejsza informacja napłynęła wczoraj z geopolityki. Reuters podał, że sekretarz stanu USA Colin Powell powiedział, że USA pod koniec tego tygodnia podadzą ostateczną ocenę irackiego raportu. Nadzieje, że wojna przesunie się w czasie legły w gruzach. Nic dziwnego, że dolar nadal słabł, a złoto drożało.

Rynki Eurolandu na początku lekko rosły i nie zważały na to, co dzieje się na rynku walutowym i w geopolityce. Euro przekroczyło 1,03 do dolara, a mocne euro jest bardzo złe dla eksporterów europejskich. Wczorajszy wzrost w USA i nadzieje na spóźniony rajd św. Mikołaja były bardziej ważne. Potem jednak rynki zaczęły osuwać się w obawie przed zagrożeniami płynącymi z geopolityki. Generalnie można było mówić o wyczekiwaniu — rynki były silne biorąc pod uwagę okoliczności. To wpływ przekonania o nieuniknionym wzroście pod koniec roku (niestety mówi o tym większość, więc może być duży problem). Dane z rynku nieruchomości w USA były niezłe i poprawiły nieco nastroje na giełdach. Inflacja (CPI) dalej praktycznie nie istnieje, co podtrzymało obawy o nadejście w końcu deflacji. Wykorzystanie potencjału produkcyjnego i dynamika produkcji w listopadzie niewiele różniły się od prognoz i niczego na rynkach nie zmieniły. Dzisiaj o 10.00 instytut Ifo poda swój wskaźnik nastroju biznesu (prognoza 87 - ostatnio wynosił 87,3). To może mieć chwilowy wpływ na rynki Eurolandu.

Nasz rynek zaczął niewielkim wzrostem, ale obawy przeważyły. Widać, że popyt nie jest przekonany do wzrostów kończących rok, a podaż jest zdecydowana, by sprzedawać na niewielkich wzrostach/spadkach. Nawet duża zwyżka w USA nie zmusiła funduszy do poważnych zakupów na szerokim rynku. Większość doszła do wniosku, że sesja w USA była tylko odbiciem, a oczekiwanie na wojnę i zmiany cen złota i euro będą hamowały popyt. Jednak na tle rynków Eurolandu zachowywaliśmy się dobrze (podobnie jak rynek węgierski), a obroty były małe, co jest dużym plusem. Indeks ratował BRE Bank i KGHM. Dziś wszystko zależy od zamknięcia w USA i nastroju po sesji. Poziomy oporu i wsparcia na indeksach nie zmieniły się.