Polscy eksporterzy zdobywają Dziki Zachód

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2014-01-22 00:00

USA wracają na należne im miejsce w polskim handlu zagranicznym. Wkrótce mogą przebić się do „top 10” głównych odbiorców naszego eksportu

Polscy przedsiębiorcy handlujący ze Stanami Zjednoczonymi mają za sobą znakomity rok. Eksport naszych towarów na amerykański rynek wyniósł w 2013 r. rekordowe 4,3 mld USD. Oznacza to, że sprzedaż produktów „made in Poland” w USA podskoczyła w porównaniu z 2012 r. prawie o jedną piątą (dokładnie 18,8 proc. r/r, w pierwszych 11 miesiącach roku). Tylko na jednym rynku rozwiniętym — w Norwegii — polscy eksporterzy przeprowadzili w minionym roku silniejszą ofensywę niż w Stanach Zjednoczonych.

None
None

— Polskie firmy odnoszą coraz większe sukcesy w USA. Inglot, Krosno, HTL Strefa — takich przykładów jest coraz więcej — mówi Tony Housh, członek rady dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Śladami Kolumba

Z czego wynika ten wzrost eksportu za ocean? Częściowo to po prostu skutek dynamicznego ożywienia, jakiego w ostatnich kwartałach doświadcza amerykańska gospodarka. USA znacznie szybciej wychodzą z ostatniej fali kryzysu niż np. strefa euro. To jednak nie cała prawda. Wzrost eksportu do USA to także przejaw szerszego zjawiska, jakie zauważalne jest w polskiej gospodarce od kilku kwartałów. Ekonomiści nazywają je reorientacją geograficzną eksportu. Nasze firmy coraz częściej odważają się przecierać nowe szlaki handlowe.

— Miniony rok przekonał wielu polskich eksporterów, że nie warto stawiać na jednego konia. Słaby popyt z Eurolandu zmobilizował naszych producentów, by otworzyli się na nowe rynki zagraniczne, zwłaszcza te spoza strefy euro. USA są jednym z najbardziej popularnych nowych kierunków — tłumaczy Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Zdaniem ekspertów, nowy rozdział w historii polskiego handlu zagranicznego otwiera się również dlatego, że w strefie euro nie jesteśmy już w stanie szybko zwiększać eksportu. Rozpoczynamy więc ekspansję w nowych, dalszych geograficznie gospodarkach.

— Ostatnie 10 lat przebywania w Unii Europejskiej było dla polskich firm okresem nauki. Przedsiębiorcy, eksportując głównie do strefy euro, uczyli się, jak się buduje przyczółki zagraniczne, nawiązuje kontakty biznesowe czy zdobywa kontrakty. Teraz strefa przestaje im wystarczać, dlatego zdobytą wiedzę zaczynają wykorzystywać do ekspansji na nowych rynkach — uważa Tony Housh.

Jak papierek lakmusowy

Zdaniem Tomasza Kaczora, silny wzrost eksportu akurat do USA dobrze świadczy o zmianach, jakie zachodzą w polskiej gospodarce. Skoro coraz częściej naszym firmom udaje się zaistnieć za oceanem, to znaczy, że polskie produkty są coraz lepszej jakości i coraz bardziej zaawansowane technologicznie.

— Rynek amerykański jest najbardziej konkurencyjnym rynkiem na świecie. W dodatku jest przez Amerykanów dość mocno chroniony. Trzeba mieć naprawdę dobrą ofertę, żeby się na nim odnaleźć. Ponadto, USA to z punktu widzenia handlu właściwie drugi koniec świata. Skoro firmom coraz częściej opłaca się transportować towary na taką odległość, to znaczy, że wytwarzamy coraz więcej produktów z wysoką wartością dodaną. To nie może być kaczy puch, marchewka czy kiełbasa — mówi Tomasz Kaczor.

Jeszcze w 2008 r. gospodarka USA była dopiero na 19. miejscu wśród głównych odbiorców polskiego eksportu. Od tego czasu Stany Zjednoczone stopniowo pną się w górę w tym rankingu. W 2012 r. były już na 14. miejscu, a w 2013 r. prawdopodobnie wskoczyły na 13., a może nawet 12. pozycję (wyprzedziły Belgię i Hiszpanię). Jeśli nasz eksport do USA utrzyma silną dynamikę, kraj ten ma szansę wskoczyć w bieżącym roku do polskiej pierwszej dziesiątki.

— Co do zasady nie powinno mieć znaczenia, do jakich krajów Polska wysyła swoje towary — eksport to eksport. Ale akurat w przypadku USA to ma znaczenie. Ich miejsce w rankingu głównych odbiorców polskich produktów pokazuje nam, na jakim etapie zaawansowania jest polska gospodarka — przekonuje Tomasz Kaczor.

Dopiero się zacznie

W 2008 r. do USA trafiało tylko 1,5 proc. naszego eksportu. Obecnie to już 2,8 proc. W utrzymaniu tej pozytywnej tendencji pomoże umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a USA. Negocjacje w tej sprawie trwają, w marcu ma się odbyć kolejna runda rozmów.

— Wydaje się, że umowa wejdzie w życie, nie wiadomo jednak jeszcze, kiedy i w jakim dokładnie kształcie. Miejmy nadzieję, że nastąpi to szybko, bo Polska będzie jednym z największych beneficjentów — uważa Tony Housh.

Jak twierdzi, Polska z jednej strony ma niskie koszty produkcji i bogaty kapitał ludzki, a z drugiej — rozbudowaną i różnorodną bazę wytwórczą: od programowania gier komputerowych przez produkcję kosmetyków po przemysł ciężki.

— Polska idealnie wpasowuje się w zapotrzebowania amerykańskiego rynku. Umowa o wolnym handlu może być silnym impulsem, by firmy z USA zaczęły przenosić do Polski swoje zamówienia. Nie tylko zniesione zostałyby cła, ale przede wszystkim ujednolicone kwestie prawne i regulacyjne dotyczące dostępu do obu rynków — mówi Tony Housh.

Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas, uważa, że Polska na umowie skorzystałaby też pośrednio.

— Porozumienie powinno zwiększyć zamówienia w całej Unii Europejskiej, a polskie firmy mają szansę sięgnąć po część tych zamówień jako podwykonawcy. Nawet jeśli Amerykanie zlecą duży kontrakt firmie z Niemiec, to polskie firmy mogą dzięki temu otrzymać zlecenie produkcji komponentów — mówi Michał Dybuła.

Wymiana polsko-amerykańska
Mimo silnego wzrostu eksportu z Polski do USA w ostatnim roku nasz kraj nadal odnotowuje deficyt w relacjach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. W pierwszych trzech kwartałach 2013 r. eksport Polski do USA wyniósł 3,3 mld USD. Sprzedawaliśmy głównie silniki, śmigłowce, statki, meble, aparaty telefoniczne, srebro i sprzęt medyczny. Import z USA do Polski wyniósł 4,2 mld USD. Sprowadzaliśmy głównie samoloty, leki, sprzęt medyczny, samochody oraz wyroby z kauczuku i niklu.