W Polsce większość skarg na reklamy dotyczy obrażania uczuć i dyskryminacji. W krajach o długiej tradycji samoregulacji częściej wpływają zażalenia na reklamy wprowadzające w błąd. Skąd ta różnica? Nasi rodacy oczekują od takich instytucji, jak Rada Reklamy, zajęcia stanowiska w kwestiach moralnych. Często nie mają świadomości, że zajmujemy się też tym, czy przekaz kampanii jest zgodny z prawdą. Ludzie w takich krajach, jak Wielka Brytania czy Holandia, znacznie lepiej znają swoje prawa konsumenckie.
Polacy postępują podobnie jak Hiszpanie, którzy co roku wysyłają 150-170 zażaleń na reklamy. Ich pasywność wynika z doświadczeń z poprzednim — frankistowskim — systemem politycznym. Przyzwyczaił on obywateli do tego, że to państwo — sądy, prokuratura — wszystko za nich załatwia. Nas takiej bierności nauczył okres PRL-u.
W tym roku spodziewamy się około 600 skarg.W Wielkiej Brytanii będzie ich prawdopodobnie około 25 tys. — podobnie jak w latach poprzednich. Ale Advertising Standards Authority — odpowiednik naszej Rady Reklamy — zatrudnia ponad 100 osób i dysponuje rocznym budżetem 12 mln funtów. My mamy zaledwie trzy etaty i kilkudziesięciokrotnie mniejszy budżet.
Konrad Drozdowski
zastępca dyrektora Związku Stowarzyszeń Rady Reklamy