Niespotykana była szczegółowość prezentacji nasyconej wojskowymi terminami. Trzeba docenić współdziałanie ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza i generała Wiesława Kukuły, którego na poziom czterech gwiazdek wwiozła winda kadrowa PiS, ale to prawdziwy fachowiec, były dowódca komandosów z Lublińca. Od rzucenia przez Donalda Tuska hasła tarczy kilka szczegółów się rozjaśniło – przygotowana zostanie specjalna ustawa, fortyfikacje mają powstać do 2028 r. i staną się elementem całościowej bałtyckiej linii obrony. Koszty pokryje budżet państwa, ale rząd będzie starał się o pieniądze z UE na zabezpieczenie wschodniej granicy wspólnoty, notabene również i NATO.
Plany osłonięcia Polski od Białorusi i Rosji, a na pewnym odcinku także od Ukrainy automatycznie wywołują skojarzenia. W Europie najsłynniejsza i najpotężniejsza była francuska linia bunkrów ministra André Maginota, którą Niemcy w 1940 r. po prostu obeszli przez Belgię. Sprzed pół wieku dobrze pamiętam najeżoną minami i strzelającymi automatami strefę graniczną przy przejściu granicznym Marienborn/Helmstedt, oddzielającą nie tylko NRD od RFN, lecz dwa światy – nasz cieplarniany Układ Warszawski od wrażego NATO. Podczas konferencji MON i sztabu padła zapowiedź skorzystania przy budowie umocnień z doświadczeń m.in. koreańskich. Może to ciut przesada, pas rozcinający półwysep wzdłuż 38. równoleżnika ma długość blisko 240 km i szerokość aż… 4 km. To największe pole minowe na świecie, którego planów nikt już nie zna. Przestrzeń pomiędzy szańcami armii komunistycznej Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej oraz Republiki Korei (i naturalnie USA) od siedmiu dekad nietknięta jest ludzką stopą, w związku z czym kwitnie tam flora i fauna. W razie czego jednak zgłaszam się na społecznego konsultanta naszej strefy, albowiem do koreańskiego baraku granicznego w Panmundżomie dotarłem dwa razy, i to – w co trudno uwierzyć – za każdym razem z innej strony…
