Polska zapędziła się w kozi róg

Ignacy Morawski
opublikowano: 2021-10-05 20:00

Ryzyko, że Polska straci część funduszy europejskich nie jest jeszcze bardzo duże, ale niewątpliwie rośnie.

Bruksela podejmuje coraz więcej działań, by ograniczyć Polsce dostęp do funduszy europejskich. Obecnie trwa spór o akceptację Krajowego Planu Odbudowy, w ramach którego Polska ma otrzymać z Unii Europejskiej 110 mld zł na inwestycje w infrastrukturę, cyfryzację i zieloną energię. Niedługo może do tego dojść spór o wypłaty pieniędzy ze wszystkich funduszy. Czy istnieje ryzyko utraty istotnych pieniędzy i obniżenia przez to wzrostu PKB w Polsce? Na pewno warto je brać pod uwagę.

Zacznę od Krajowego Planu Odbudowy, czyli specjalnego programu, wykraczającego poza tradycyjny budżet UE. Z mojego rozeznania wynika, że szanse na akceptację KPO przez Komisję Europejską w tym roku wciąż są duże i przekraczają znacznie 50 proc. W grze jest zbyt duża stawka, by którakolwiek ze stron zdecydowała się na opcję atomową – Bruksela na wstrzymanie pieniędzy lub Polska na odrzucenie warunków Brukseli i pójście ścieżką finansowania krajowego. Ale ryzyko na dziś jest wyraźnie wyższe niż wydawało się jeszcze dwa-trzy miesiące temu. Po obu stronach jest duża determinacja, by nie ustępować, a to w znanym schemacie gry „kto stchórzy” („game of chicken”) stwarza niebezpieczeństwo niechcianej katastrofy.

Najpierw krótki rys, jaki jest stan gry. Polska wysłała do Komisji Europejskiej projekt KPO w czerwcu. W lipcu miał być on zaakceptowany, a wtedy już dziś dostalibyśmy ok. 18 mld zł na inwestycje (resztę w kolejnych latach). Jednak pojawił się problem – w lipcu zaostrzył się spór o Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego w Polsce, która zgodnie z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) działa niezgodnie z prawem. Komisja Europejska stwierdziła, że nie zaakceptuje planu odbudowy, dopóki Polska nie zacznie respektować wyroków TSUE. Polska zapowiedziała, że wyrok będzie respektować, ale tego na razie nie robi, a jednocześnie przy pomocy krajowego Trybunału Konstytucyjnego ma zdegradować kompetencje TSUE w sprawie orzekania o stanie polskiego sądownictwa.

Pieniędzy więc nie ma. Decyzji w ich sprawie nie ma. A spór toczy się w próżni prawnej, w której ostatecznie zadecyduje starcie polityczne. Komisja miała czas na swoją decyzję do końca lipca – nie podjęła jej. Co więcej, istnieją autentyczne wątpliwości prawne, czy KE może zablokować polski plan odbudowy na podstawie argumentu związanego z działaniem Izby Dyscyplinarnej. Za nierespektowanie orzeczeń TSUE powinny grozić inne sankcje. Bruksela może zablokować pieniądze z różnych funduszy w razie łamania reguł praworządności, ale do tego potrzebna jest inna procedura i na innym etapie. Polska może zaskarżyć działania KE do TSUE i nie będzie bez szans.

Ale jednocześnie pozycja Polski w tym sporze jest bardzo słaba – wręcz coraz słabsza. Z mojego rozeznania wynika, że to jest bardzo duży problem. W UE trzeba walczyć o swoje interesy, a my nie mamy już za bardzo jak. Parlament Europejski naciska na Komisję, by blokowała środki dla Polski i Węgier. Wśród najważniejszych krajów Polska nie ma sojuszników. W najbliższym czasie nie ma wielkich decyzji politycznych na poziomie UE, które Polska mogłaby zablokować, zyskując jakieś karty przetargowe. Jawne łamanie orzeczeń TSUE i ostra konfrontacja polityczna może nie są formalnym powodem do blokowania pieniędzy dziś, ale bardzo utrudniają walkę o te pieniądze. Jeśli nie na tym etapie, na kolejnych Komisja w końcu dopnie swego – funduszy będzie mniej. Jeżeli Polski rząd pójdzie na otwarty spór, kraj może finansowo dużo stracić. A jednocześnie w oczywisty sposób wzrośnie ryzyko przypisywane scenariuszowi polexitu. Przy dużej eskalacji nie da się uniknąć gróźb wyjścia z UE. Wtedy osłabi się złoty, wzrośnie inflacja, rząd straci w notowaniach, nawet jeżeli zyska zwolenników wśród eurosceptycznej części populacji.

Komisja Europejska wie, że trzyma polski rząd za gardło. Nawet jeżeli wykorzystuje kruczki prawne, to pozycja polityczna i wizerunkowa Polski jest tak zła, a kurs antyeuropejski tak wyraźny, że nasz rząd jest sam i bez żadnych argumentów.

KE domaga się teraz, by wpisać likwidację Izby Dyscyplinarnej do planu odbudowy – jak warunek wypłaty transz funduszy w przyszłości. Podejrzewam, że w jakiejś formie Polska ustąpi. Alternatywą jest finansowanie tych inwestycji z długu, ale taki ruch niesie ze sobą duże ryzyko. Przede wszystkim, oznacza to pogorszenie postrzeganej wiarygodności kredytowej. Ponadto potężny konflikt z Brukselą może oznaczać osłabienie złotego i wyższe stopy procentowe. Wreszcie sytuacja, w której bilans napływu pieniędzy netto do Polski znacznie się pogorszy, zwiększy postrzegane ryzyko polexitu i tym samym negatywnie wpłynie wizerunek Polski jako dobrego miejsca do inwestowania. Nie sądzę, by ktoś w polskim rządzie poważnie rozważał taką opcję tylko w celu obrony reform sądownictwa, które – jak przyznał sam premier latem – nic właściwie Polsce nie dały.

Kłopot polega na tym, że nawet po akceptacji KPO ryzyko dla finansowania się nie skończy. KE, pod presją Parlamentu Europejskiego, będzie szukała sposobów, by uruchomić wobec Polski tzw. procedurę warunkowości, która pozwala na wstrzymywanie wypłat, jeżeli kraj narusza praworządność w sposób zagrażający prawidłowemu wykorzystaniu funduszy UE. O możliwym wszczęciu procedury informowała niedawno Vera Jurova, komisarz ds. wartości i przejrzystości. Do nałożenia sankcji potrzebna będzie potrzebna większość w Radzie UE i tu Polska ma większe szanse, by się bronić. Wciąż nie jesteśmy chyba w sytuacji, w której udałoby się uzbierać większość kwalifikowaną w Radzie dla takiej decyzji. Ale biorąc pod uwagę, w jaki kozi róg się zapędziliśmy w sprawie KPO, trudno o wielki optymizm.