Polski futbol nie przekłada się na biznes

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2002-01-18 00:00

Własności gruntów pod polskimi stadionami są wciąż nie uregulowane. Jest wiele przepisów prawnych które zniechęcają biznesmenów do inwestycji w piłkę nożną. Nie mamy stadionu narodowego w stolicy. Nie mamy ani jednego obiektu, gdzie można byłoby rozegrać mecz w obecności 60-70 tys. widzów. Nie mamy ośrodka piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia, w którym reprezentacja narodowa mogłaby spokojnie trenować. Mamy za to 23 piłkarzy, którzy wraz ze swoim trenerem głęboko wierzą w sukces na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej Korea-Japonia 2002.

- Ostatnio Zbigniew Boniek powiedział, że trzeba było dużo szczęścia, żeby nasza reprezentacja awansowała do finałów mistrzostw świata w piłce nożnej. Z pewnością kosztowało to także wiele ciężkiej pracy. A ile potrzeba było na nasz awans pieniędzy?

Jerzy Engel: Jeżeli chodzi o eliminacje, to nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne finansowe szaleństwa. Tych pieniędzy to ani dużo nie dostaliśmy, ani dużo nie wydaliśmy. Nie było żadnych ekstrawaganckich hoteli i ośrodków sportowych. Wszystko robiliśmy w ramach ściśle określonego budżetu, który nie został przekroczony. Skonstruowano go tak rozsądnie, że starczyło na awans do mistrzostw świata. W związku z tym, rzeczywiście tych pieniędzy wydano niedużo.

- Całkiem niedawno wspomniał Pan, że Canal+ jest ostatnią kroplówką, która utrzymuje przy życiu polską piłkę nożną. Czy rzeczywiście jest tak źle?

— Powiedziałem, że jest kroplówką dla wielu polskich klubów piłkarskich — a to różnica.

- No więc jest źle, czy nie?

— Rzeczywiście jest źle. Wiele polskich klubów nie ma wpływów z działalności gospodarczej, tylko dochód ze sponsoringu Canal+. To jest ich jedyny budżet, jaki mają. Dotacja Canalu+ wysokości około 1 mln USD często stanowi większość budżetu klubowego. A jeżeli ktoś wydaje więcej pieniędzy (co jest w tym przypadku dość powszechne) niż zarabia, to wtedy piłkarze nie otrzymują pensji przez kilka miesięcy, nie płaci się trenerom itd. Tak to niestety wygląda.

- Dlaczego? Nikt nie chce inwestować w polską piłkę?

— Na pewno nie ma takiego zainteresowania ze strony sfer biznesowych, na jakie zasługuje. Polacy jeszcze nie potrafią przełożyć futbolu na wielki biznes. Ten proces dopiero się u nas zaczyna. Pierwszym krokiem są reformy, które właśnie wprowadza Polski Związek Piłki Nożnej. Dotyczą one przede wszystkim jakości obiektów sportowych. Niestety jesteśmy jeszcze na etapie budowania krzesełek i zadaszania trybun na stadionach. Tymczasem dzisiaj cała Europa przykrywa dachami już całe boiska. Ten nowoczesny futbol ciągle nam ucieka. Bardzo ciężko jest gonić Europę pod tym względem. Na razie chcemy przynajmniej wypełnić przepisy, które nam narzuca UEFA. Musimy to zrobić, żeby nie było takich przykrych historii, że polskie kluby nie mogą grać na własnych boiskach w pucharach europejskich, bo obiekty te nie są dopuszczone do gry. Grają gdzieś poza swoimi miastami, gdzie na mecz przychodzi tysiąc albo i mniej kibiców. Tak było choćby z Polonią Warszawa. W takich sytuacjach wszystko mija się z celem, bo futbol jest dla kibica, a nie sportem samym w sobie.

- Kiedy to się zmieni?

— Myślę, że ten wielki biznes zrozumie, że futbol jest dobrym partnerem do robienia interesów dopiero w momencie, kiedy kluby zaczną wchodzić na Giełdę Papierów Wartościowych. Tak, jak to się dzieje w całym cywilizowanym świecie.

- A może wielki biznes czeka po prostu na bardzo konkretne sukcesy polskiej piłki? Na przykład zwycięstwa w mistrzostwach świata?

— Niekoniecznie. Na przykład taki klub jak Amica jest świetnie zorganizowany, ma dobrą infrastrukturę, a przy tym świetnie prosperuje jako drużyna reklamowa dla produktu, który wytwarza jej sponsor. Podobnie jest z Wisłą Kraków, sponsorowaną przez Telefonikę. Sporo polskich firm już zrozumiało, że można świetnie współpracować z futbolem. Szkoda, że w Polsce jeszcze nie można na nim zarobić. Cały świat zarabia na piłce nożnej, tylko jeszcze w naszym kraju jakoś to się nie udaje. Ale płacimy tutaj za wieloletnie zaniedbania byłych władz PZPN, które doprowadziły do obecnego stanu rzeczy.

- Czyli?

— Kwestie własności gruntów pod polskimi stadionami są wciąż nie uregulowane. Nikt nie chce w nie inwestować, bo nie wiadomo, w co inwestuje. Przepisy nie pomagają biznesmenom łożyć na sport, bo nie ma odpisów od podatków. Nie mamy stadionu narodowego w stolicy. Nie mamy ani jednego obiektu, gdzie można byłoby rozegrać mecz w obecności 60 -70 tys. widzów, którzy mogliby siedząc wygodnie pod dachem, obejrzeć to widowisko bez względu na aurę. Jeżeli tego wszystkiego nie uregulujemy, to myślę, że wielki biznes nie będzie się chciał do polskiej piłki przyznawać. Nie mamy też ośrodka piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia, do którego moglibyśmy spokojnie przyjechać z zespołem reprezentacji narodowej i przygotowywać się do mistrzostw.

- Dlatego jeździcie na zgrupowania kadrowe do Niemiec?

— Jeździmy do Niemiec, bo tam mamy trzy boiska tuż obok znakomitego hotelu, wyposażonego we wszystko, czego potrzeba do właściwego wypoczynku i treningu. Co ciekawe, zgrupowania w Niemczech nie są wcale droższe od zgrupowań organizowanych w Polsce.

- A który z naszych klubów jest najbliżej wejścia na GPW?

— Myślę, że takim najbardziej czystym klubem jest Wisła Kraków. Bardzo czysta jest też warszawska Legia. Także Amica na pewno może wejść.

- Co to znaczy czysty klub?

— Mówię o regulacji kwestii prawnych obiektu razem z piłkarzami. Bo wie pan co stanowi wartość tego typu spółki — wartość ruchoma i nieruchoma. Wartością ruchomą, która się zmienia są piłkarze. Trwałą są natomiast obiekty sportowe. Są one szalenie drogie ze względu na to, że w każdym mieście są one świetnie położone. Jeżeli te obiekty stanowią własność spółki, to wtedy sprawa jest bardzo czysta, bo można bardzo dokładnie określić wartość tego, o czym mówimy. Ale jeżeli klub posiada tylko piłkarzy, to wszystko jest płynne — nie można określić realnej wartości spółki.

- Czy to znaczy, że nie można określić realnej wartości polskiej reprezentacji?

— To jest zupełnie inna sprawa. My nie jesteśmy klubem piłkarskim.

- Ale na ile by Pan oszacował wartość naszej drużyny narodowej?

— Trzeba by przeliczyć wartość każdego z naszych piłkarzy. Na przykład wartość 5-letniego kontraktu Jurka Dudka to 5 mln GBP, a kupiony został za 7 mln. W sumie wydatek spółki, która nazywa się Liverpool w stosunku do Dudka wyniósł 12 mln GBP. Tego typu wartości w stosunku do każdego z naszych piłkarzy trzeba by oszacować oddzielnie. Mnie jest trudno w tej chwili oszacować wartość 23 zawodników, ale myślę, że byłaby to naprawdę kolosalna suma.

- A w porównaniu z innymi drużynami?

— Tu raczej nie ma czego porównywać. Z Portugalią na przykład porównywać się nie możemy.

- Ale będziemy musieli się porównać w Korei.

— Piłkarsko oczywiście możemy się porównywać, ale jeżeli chodzi o przełożenie finansowe, o którym teraz mówimy, to jest jeszcze inna historia.

- Jaka?

— Nasi piłkarze są wciąż postrzegani jako zawodnicy spoza Unii Europejskiej. W związku z tym mają zupełnie inną wartość. Piłkarze unijni są dużo drożsi. Dlatego dopóki Polska do Unii nie wejdzie, to ciągle będziemy takim przyrodnim bratem europejskiego futbolu.

- Jakie motywatory finansowe są przewidziane dla naszych zawodników na mistrzostwach świata?

— Chciałbym, żeby pan zrozumiał jedną rzecz. W reprezentacji motywacja finansowa gra najmniejszą rolę i to jest teraz najważniejsze. No bo proszę mi powiedzieć, jak my możemy zmotywować finansowo Jurka Dudka, który zarabia 5 mln GBP? No niech mi Pan powie. Jak może zostać przez nas zmotywowany Hajto skoro zarabia on 3 mln DEM. Przecież 80 proc. zawodników z naszej reprezentacji gra w klubach zagranicznych. Pieniądze zdobyte na mistrzostwach to jest dla nich tylko mały dodatek, który pewnie jakieś znaczenie dla nich ma — bo jednak ci piłkarze są zawodowcami i grają dla pieniędzy. Jednak w reprezentacji narodowej liczy się przede wszystkim jakość, która w ostatnich dwóch latach została zmieniona. Liczy się to, że nasi piłkarze — na przykład Paweł Kryszałowicz czy nawet Emmanuel Olisadebe — całują orzełka na koszulce, kiedy strzelą gola. To jest najważniejsze w tej drużynie. Tak długo, jak tego typu wartości będą grały najważniejszą rolę, ta reprezentacja będzie wygrywała mecze. Myślę, że dlatego dzisiaj polski kibic kocha tych piłkarzy.

- To na koniec może zrobimy mały prezent bukmacherom. Jest Pan już w stanie podać wyniki meczów grupowych naszej reprezentacji w Korei-Japonii?

— Oczywiście.

- Polska-Korea?

1:0

- Polska-Portugalia?

1:0

- Polska-USA?

1:0

Jerzy Engel urodził się 6 października 1952 r. we Włocławku. Po ukończeniu warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego w 1975 r. zadebiutował jako trener, prowadząc drugoligową wówczas Polonię Warszawa. Do roku 1984 prowadził także zespoły Hutnika Warszawa, RKS Błonie i Polonii Bydgoszcz. W 1981 r. współpracował z trenerem reprezentacji Antonim Piechniczkiem jako szef banku informacji przed mistrzostwami świata w Hiszpanii. W roku 1985 objął warszawską Legię, z którą w sezonie 1985/86 zdobył

wicemistrzostwo Polski. W 1989 r.

wyjechał na Cypr, gdzie doprowadził Apollon Limassol do drugiego miejsca w ekstraklasie. W czerwcu 1997 roku został menedżerem Polonii Warszawa. Wspólnie z trenerem Dariuszem Wdowczykiem, w sezonie 1998/99 zdobył z Polonią

wicemistrzostwo Polski. 22 listopada 1999 roku został wybrany na stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski.