Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) zajął się wczoraj sprawą marki Leo. Ten znak od 1951 r. należał do duńskiej firmy Leo Pharmaceutical Ltd., produkującej środki lecznicze i kosmetyczne. Duńczycy nie wykorzystywali go jednak, czemu nie zaprzeczają. Tak więc, gdy w Krakowie powstała polska firma Leo Profesjonalne Kosmetyki do Włosów, zwróciła się do Urzędu Patentowego (UP) o uznanie znaku Duńczyków za wygasły. Wniosek o wygaszenie złożono w 1991 r., a UP przychylił się do niego dopiero w 2002 r. Tymczasem polska spółka chciała zarejestrować markę Leo dla siebie, ale spotkała się z odmową: znak należał cały czas formalnie do Duńczyków. Teraz Polacy próbują udowodnić, że duńska marka powinna zostać wygaszona już dwanaście lat temu.
— Jeśli się to uda, będziemy starać się o wznowienie postępowania w sprawie zarejestrowania marki dla Polaków. Sprawa byłaby znacznie ułatwiona — mówi Włodzimierz Januszkiewicz, rzecznik patentowy krakowskiej spółki.
Na razie firmie nie udało się zmienić kluczowej daty wygaszenia ani w UP, ani w sądzie administracyjnym pierwszej instancji. NSA, ku zaskoczeniu obu stron, odroczył ogłoszenie wyroku o dwa tygodnie. Sporna marka obecnie nie należy do nikogo. Ale duńska firma, mimo że nie protestowała przeciw uznaniu jej za wygasłą, złożyła wniosek o ponowne zarejestrowanie jej dla siebie.