Pomogłem, a teraz to ja jestem winny

Krzysztof Kluska
03-06-2004, 00:00

Poseł Janusz Lisak wyjaśnia, jak i po co stworzył wzór określający minimalną ładowność auta ciężarowego. Nadal broni jego słuszności.

„Puls Biznesu”: Co to jest „wzór Lisaka”?

Janusz Lisak: To wzór na ładowność, który musi spełniać samochód, aby można było przy jego zakupie odliczyć VAT. No i oczywiście, żeby można było odliczać VAT od paliwa.

Co oznaczają te liczby i skąd się wzięły?

— 68 kg to średnia waga pasażera, jaką Ministerstwo Infrastruktury stosuje przy homologacji samochodów, czyli dopuszczeniu do ruchu na polskich drogach. Liczby pasażerów chyba nie trzeba tłumaczyć. 357 kg to masa, którą można załadować do najmniejszego na rynku auta, które może być samochodem typu van, czyli do Fiata Seicento. W tym przypadku jest oczywiście możliwe, jeśli będzie to auto 2-miejscowe, czyli bez tylnej kanapy i z przestrzenią bagażową w jej miejscu. Jeśli ładunek o takiej masie można umieścić w Seicento, to w przypadku innych aut też nie powinno to nastręczać problemów.

Jednak auta firmowe to nie tylko 2-miejscowe vany. Dlaczego więc użytkownicy innych pojazdów mają cierpieć z powodu utraty możliwości odliczenia podatku VAT?

— Obecnie istnieje jednak możliwość dokonywania pewnych odliczeń. Przypominam, że rządowy projekt zakładał obcięcie wszystkich ulg z tytułu zakupu samochodów osobowych dla firm. Odliczenia miały być możliwe dopiero w przypadku samochodów dostawczych. Moją intencją było stworzenie furtki również dla mniejszych firm, które nie muszą używać samochodów dostawczych. Dlatego właśnie powstał „wzór Lisaka”. Jednak okazuje się, że zdaniem mediów, firm motoryzacyjnych i przedsiębiorców jest on zły. Chciałem dobrze, a okazuje się, że to przeze mnie może dojść do załamania się rynku motoryzacyjnego — tak przynajmniej twierdzą niektóre środowiska.

Czy ten wzór był naprawdę niezbędny? Dlaczego rządowi tak zależy na obcięciu ulg?

— Chcieliśmy zapobiec patologiom, takim jak kupowanie sportowych aut na firmy i odliczanie od tych zakupów VAT-u. Państwa nie stać na sponsoring luksusowych fanaberii bogatych przedsiębiorców. Auto ma być użytkowe, aby właściciel mógł czerpać z faktu jego posiadania ulgi podatkowe. Dlatego właśnie określiliśmy parametry takiego samochodu użytkowego.

Jednak okazuje się, że właśnie nabywcy samochodów luksusowych i bardzo drogich mają prawo do odliczeń. Kupując np. bardzo drogie Porsche Cayenne, przedsiębiorca dostanie zwrot 100 proc. VAT-u, co w tym przypadku, zależnie od wersji, daje około 100 tys. zł.

— Złotego środka nie ma. Jeśli auto spełnia wzór masowy, to przedsiębiorcy przysługuje odliczenie i nie można zabronić jego kupna dlatego, że to Porsche. Jednak jeśli już mówimy o tej luksusowej marce, to należy zwrócić uwagę, że dzięki obostrzeniom w ustawie o podatku VAT nie ma już możliwości czerpania ulg z tytułu zakupu sportowych aut m.in. firmy Porsche, co wcześniej zdarzało się bardzo często. Czyli jednak gdzieś oszczędzamy.

Jednak importerzy są wściekli, bo większość aut, które dotychczas były sprzedawane jako autentyczne auta dostawcze, nie spełnia tego wzoru. Sprzedawcy muszą więc kombinować jak je do tego wzoru dostosować.

— Specjaliści z branży, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że po niewielkich poprawkach sporo aut będzie spełniało ten wzór. I będą to samochody naprawdę użytkowe. Z tego co wiem, wystarczą niewielkie przeróbki w układzie zawieszenia, żeby podnieść dopuszczalną masę całkowitą pojazdu. Niestety, trudno zadowolić wszystkich.

Narzekania importerów i dealerów nie są wymysłem. Auta kupowane do firm stanowią około 30-35 proc. krajowego rynku. Obecnie może się to zmienić. Spadnie sprzedaż, rząd zarobi mniej, bo mniej podatków odprowadzą firmy i kupią mniej paliwa. Czy nie lepiej dać branży zastrzyk rozruchowy, zamiast ją hamować?

— Logika Ministerstwa Finansów nie zmierza w tę stronę. Nie opiera się na liczeniu, ile zarobi budżet, kiedy rynek się ożywi i auta zaczną się sprzedawać, lecz ile straci przy stosowaniu często mocno naciąganych przez przedsiębiorców ulg podatkowych na dotychczasowym poziomie. Kalkulowane są realne oszczędności budżetu, a nie wymyślone zyski.

A co, jeśli sprzedaż faktycznie spadnie i budżet centralny naprawdę zarobi mniej?

— Resort finansów wychodzi z założenia, że jeśli ktoś potrzebuje samochodu do działalności gospodarczej, to z mniejszymi czy większymi ulgami go kupi. To brutalne, ale prawdziwe. Rynek nie może się więc skurczyć, tak jak opisują to media i przedstawiciele branży samochodowej. A chyba nikt nie jest w stanie zagwarantować, że utrzymanie wysokich ulg spowoduje taki, a nie inny wzrost sprzedaży samochodów. Bo jeśli tak, to ja sam chętnie się podpiszę pod zmianą przepisów, które to zagwarantują i spowodują większe wpływy do budżetu centralnego.

A może warto wziąć pod uwagę wariant niemiecki, w którym każdy kto kupuje auto do firmy, dostaje 100 proc. zwrotu podatku VAT. Tam to działa i samochody sprzedają się w milionach sztuk, a nie w tysiącach jak u nas.

— Niemcy to kraj znacznie bogatszy niż Polska, więc może tamtejszy rząd stać na tego typu działania. Nas nie stać na tak wysokie ulgi. Usłyszałem również, że poziom sprzedaży samochodów nie może być warunkowany wysokością odpisów podatkowych, tylko realnym poziomem majętności i zasobności portfeli Polaków. Na razie kupują tyle, na ile ich stać.

Portfeli, z których rząd wyciąga coraz więcej...

— Coraz mniej im daje, a nie zabiera — tak należy na to patrzeć.

Jakie są szanse, że obowiązujący „wzór Lisaka” zniknie?

— Takie, jak na to, że ktoś wymyśli lepsze rozwiązanie i przekona resort finansów, że na tym, co proponuje, budżet zarobi więcej. Kształt ustawy o podatku VAT i poszczególnych przepisów naprawdę nie zależał od jednego posła czy ugrupowania politycznego. Tu priorytetem były pieniądze, które państwo zarobi lub nie. Naprawdę z chęcią podpiszę się pod nowelizacją ustawy, która przekona resort finansów, że większe ulgi mogą być wprowadzone.

Taka nowelizacja już leży w Sejmie i czeka na rozpatrzenie. Zakłada, że każde auto osobowe, kupowane do firmy bez żadnego wzoru na ładowność, otrzyma 50-proc. zwrot podatku VAT, a jego właściciel będzie mógł odliczać VAT od paliwa.

— Jeśli Sejm to zaakceptuje i MF także, to ja jestem jak najbardziej za. Jednak z tego co wiem, to w przypadku samochodów osobowych, które nie spełniają mojego wzoru, limit ulgi podatkowej na poziomie 5 tys. zł to właśnie często połowa podatku VAT. Znowu docieramy jednak do punktu, kiedy trzeba się zastanowić, czy państwo musi płacić za to, że menedżer czy inny pracownik firmy jeździ samochodem z luksusowym wyposażeniem typu klimatyzacja czy pakiety elektryczne, bo to właśnie stanowi o tym, ile samochód kosztuje. Ceny modeli bazowych, czyli ze skromnym wyposażeniem, kupowanych przez firmy nie są aż tak wysokie, żeby 50 proc. VAT-u było znacznie wyższe niż 5 tys. zł.

Jednak wspomniany pracownik zarabia i płaci podatki. Dlaczego więc odmawiać mu tego przywileju, jakim jest lepszy samochód?

— Jasne, ale naprawdę wszystkich zadowolić się nie da. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jemu należy się więcej, lepiej, taniej. A tu chodzi o czystą matematykę. Ponadto warto podkreślić, że nikt nie zabrania kupowania firmom samochodów o wysokim standardzie, jednak ponieważ ten wysoki standard nie jest niezbędny do wykonywania użytkowych funkcji samochodu, to nie widzę powodu, aby sponsorowali go inni podatnicy, którzy kupując różne samochody, płacą VAT bez możliwości jakichkolwiek odliczeń.

Jak, Pańskim zdaniem, można przeprowadzić nowelizację ustawy o podatku VAT?

— Zdaję sobie sprawę, że znajdą się w niej jeszcze zapisy, w których popełniono błędy i kilka rzeczy z pewnością ulegnie zmianie w takim czy innym trybie legislacyjnym. Jeśli chodzi o kwestie VAT-u samochodowego, to jest to bardzo trudne. Trzeba przekonać rząd, że zmiana przepisów opłaca się budżetowi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kluska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Motoryzacja / Pomogłem, a teraz to ja jestem winny