Czy wiesz, drogi Czytelniku, ile zarabia twój sąsiad? Czy wiesz, ile „na rękę” bierze twój bliski współpracownik w firmie, wykonujący bliźniacze do twoich obowiązki? O ile nie podzielili się z tobą tą informacją na popołudniowym piwie albo w spowodowanej czymś innym chwili słabości — nie wiesz. I nie masz szansy się dowiedzieć, bo umowa o pracę jest normalną umową między stronami (pracodawcą — pracobiorcą) i jak każda umowa nie ma waloru powszechnej jawności, jest poufna.
Zarobki bardziej i mniej znajomych od zawsze były (obok szczegółów z życia seksualnego) najlepszą pożywką dla plotek, rozbudzały wyobraźnię, budziły zazdrość, zgorszenie, zawiść... Skończyły wiele dobrze zapowiadających się przyjaźni, rozpoczęły wiele niekończących się procesów. Ot, taka nieco wstydliwa cecha charakteru — mówi się zresztą, że szczególnie mocno rozwinięta w naszym narodzie. Nie wiem, czy to prawda, ale w końcu dowcipu o „polskim piekiełku” nie ułożyli Niemcy, ale my sami.
Wchodzące w życie przepisy o konieczności ujawniania zarobków członków władz spółek publicznych tłumaczy się troską o przejrzystość firm, pomóc mają w ocenie ich polityki. Komu? Strony umowy znają jej zapisy, naprawdę zainteresowani, np. udziałowcy, również w obecnych warunkach nie mają problemów z zapoznaniem się i z zarobkami, a Kowalskiemu (przepraszam wszystkich Kowalskich), który nie zamierza kupować akcji tej firmy, taka wiedza po co? Żeby sobie pogorszyć lub poprawić humor. To od tego są liczne pisma bulwarowo-kolorowe. I wystarczy.