Porcelanowe gody są kruche

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-04-29 20:00

W nomenklaturze rocznic ślubnych dwudziesta zwana jest porcelanową, do czego bezpośrednio nawiązuje tytuł.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Notabene w odniesieniu do dwóch dekad Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej kontekst małżeński jest jak najbardziej zasadny, albowiem od wejścia w życie w 2009 r. reformatorskiego traktatu z Lizbony związek wspólnoty z jakimś państwem członkowskim już nie jest nierozwiązywalny. Ścieżkę rozwodową przetarło Zjednoczone Królestwo, brexit na szczęście nie znajduje na razie naśladowców, chociaż nazwy w różnych wersjach językowych już się przetarły – polexit, magyexit, ba, nawet franexit. Nasza unijna porcelanka jest zatem cenna i elegancka, ale trzeba bardzo na nią uważać…

Jubileusz największego rozszerzenia UE z 15 do 25 państw – czyli aż o 66,7 proc. – generalnie jest chwalebny. Atmosferę uniesienia nieco zakłócę jednak przypomnieniem suchych liczb dotyczących Polski, które polityczna poprawność zamiata pod dywan. Podstawą ratyfikowania przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego traktatu akcesyjnego była nie ustawa, lecz bezpośrednio wynik referendum z 7-8 czerwca 2003 r. Pytanie sformułowane było jednoznacznie: „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”. Najważniejsza okazała się frekwencja, uprawnionych do głosu było 29,87 mln Polaków i na szczęście udało się wynikiem 58,85 proc. przeskoczyć ponad wymaganym progiem 50 proc. W głosach wrzuconych do urn akcesja oczywiście zwyciężyła z ogromną przewagą, procentowo 77,45 do 22,55. Ale w odniesieniu do liczby wszystkich uprawnionych wyniki wyszły nie tak optymistycznie – za Polską w UE opowiedziało się zaledwie… 45,25 proc. ówczesnych dorosłych obywateli, przeciwko 13,18 proc., zaś dla 41,57 proc. wszystko było totalnie obojętne. A zatem gdyby przeciwnicy akcesji prowadzili konsekwentnie kampanię bojkotu referendum, to Polska 1 maja 2004 r. by zapewne nie przystąpiła. Na szczęście sporo ich zagłosowało i paradoksalnie to właśnie ta grupa… uratowała frekwencję!

Przed historyczną rocznicą modne, zwłaszcza w klasie politycznej, stały się wspomnienia – co wtedy robiłem. Pozwolę sobie także na kilka okruchów osobistych. Przede wszystkim pamiętam depeszę z klauzulą „krótka”, którą z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r. o godz. 00:00:00 wyrzucił komputer Polskiej Agencji Prasowej: „Polska w Unii Europejskiej”. Podczas centralnej uroczystości na warszawskim placu Piłsudskiego podniosłość chwili akcentował długi korowód mówców – premier Tadeusz Mazowiecki, prymas Józef Glemp, marszałek Józef Oleksy i na finał prezydent Aleksander Kwaśniewski. Efekt był taki, że unijna flaga poszła w górę na maszt przy Grobie Nieznanego Żołnierza przy „Odzie do radości” dopiero trzy minuty po północy… Ten symboliczny poślizg była pierwszą wtopą, drugą popełniło wojsko. W ceremoniale wojskowym flaga zawsze ściągana jest o zmroku, ale przepisy nie przewidują, co się robi z flagą… podnoszoną w środku nocy. Po zakończeniu uroczystości garnizon na wszelki wypadek unijne gwiazdki po cichu ściągnął i tłumy warszawiaków, które 1 maja od rana chciały je z bliska zobaczyć – spotkało rozczarowanie. Wojsko zreflektowało się dopiero przed południem i flagę roboczo ponownie wciągnęło, wisiała już do wieczora.

I jeszcze jeden obrazek, z nowego wtedy gmachu Metropolitan na placu Piłsudskiego. Bezpośrednio po uroczystości na pustym ostatnim piętrze odbyło się tam ogromne przyjęcie, pierwszy bankiet Rzeczypospolitej w UE. Pamiętam ówczesnego, nieistniejącego sponsora – zaprosiła Era. Zaczęło się o pierwszej w nocy, pisałem notkę, nie mając pojęcia jak to nazwać – już nie kolacja, jeszcze nie europejskie śniadanie. Podpowiedział mi Jan Kułakowski, światowiec, wytrawny dyplomata, polski negocjator akcesji do UE. Uwzględniając porę, zapożyczył znakomite określenie imprezy z libertyńskich obyczajów Paryża: „Po teatrze”.