Salzburg. Miasto znane każdemu miłośnikowi muzyki poważnej i… wyścigów. Z jednej strony Mozart, malownicza starówka i praliny Mozartkugeln, z drugiej, co znacznie mniej oczywiste, najbardziej klasyczne i jedno z najbardziej rozpoznawalnych malowań samochodów sportowych. Choć słowo „malowanie” to w tym wypadku spore niedopowiedzenie.
Narodziny Salzburg Design
Kultowe dziś malowanie nazywane jest Salzburg Design. Powód? Pomysł na takie, a nie inne użycie tych barw padł właśnie w mieście Mozarta. W 1970 r. Porsche 917 w tym malowaniu wygrało dla marki pierwsze w jej historii 24h Le Mans, a przygotowaniem jego malowania zajmował się punkt dilerski Porsche Alpenstrasse z Salzburga.
Salzburg Design to jedna z najbardziej rozpoznawalnych skórek w historii Porsche: klasyczne połączenie czerwieni i bieli, które niemal od razu kojarzy się z wyścigami i sukcesami. Charakterystyczny jest dominujący czerwony kolor nadwozia przeplatany kontrastującymi białymi pasami, które biegną wzdłuż maski, dachu i boków samochodu. Nieodzownym elementem jest także numer startowy, najczęściej 23, który w 1970 r. ozdobił zwycięski egzemplarz 917 w 24-godzinnym Le Mans.
Dizajn nie jest przypadkowy. Powstał jako wizualna sygnatura Porsche i od początku miał przyciągać wzrok na torze. Jego siła tkwi w prostocie i kontrastach: czerwony symbolizuje dynamikę i pasję, biały czystość i elegancję, a całość daje efekt niemal grafiki w ruchu na karoserii wyścigowego auta. Dziś Salzburg Design jest synonimem klasycznej, sportowej estetyki Porsche.
Mikstura dla zamożnych
Rozszyfrowanie określenia Salzburg Design nie jest dla wielbicieli Porsche i motoryzacji problemem. Podobnie jak nie jest tajemnicą, czym był model Carrera GT. Nie ma chyba drugiego samochodu, który tak szybko podnosiłby ciśnienie i puls kierowcy jak właśnie Carrera GT. Kiedy pojawiła się w 2003 r., była jednym z najszybszych i najbardziej zaawansowanych technicznie aut seryjnych na świecie. Maksymalna prędkość 330 km/h, przyspieszenie 0-100 km/h w 3,9 s, centralnie umieszczony silnik V10 o pojemności 5,7 l i mocy 612 KM – to sprawiało, że auto było niemal jak wyścigowa maszyna zamknięta w ulicznej karoserii. Co ciekawe, silnik V10 w Carrera GT był dzieckiem doświadczeń Porsche zdobytych w Le Mans – zaprojektowany do wyścigu 24-godzinnego przeszedł modyfikacje, by sprawdzić się na drogach publicznych, zachowując pełną moc i niesamowitą responsywność. Auto produkowano do 2007 r. Dziś każdy z 1270 egzemplarzy to prawdziwa perła, a ceny w zależności od stanu i historii auta wahają się między 1,5 a 3 mln EUR. Ikona przez wielkie I. A dla ludzi z wielkim portfelem unikatowa możliwość poczucia mechanicznej perfekcji.
Ale jeśli portfel jest wystarczająco zasobny, to dlaczego mówimy o jednej ikonie zamiast o dwóch? Tak musiał pomyśleć Victor Gomez z Portoryko, miłośnik i kolekcjoner Porsche oraz – jak można sądzić po czynach – człowiek raczej zamożny. Jak pomyślał, tak zrobił. Połączył dwie ikony w niepowtarzalny i trudny do wycenienia projekt. Połączył wyjątkowe malowanie Salzburg Design z wyjątkowym autem. Stworzył samochód, który z jednej strony przypomina o wyścigowych korzeniach Porsche, a z drugiej jest symbolem inżynierii w najczystszej postaci. Lekka konstrukcja (1380 kg), podwozie z włókna węglowego i technologia zaczerpnięta z toru wyścigowego sprawiają, że prowadzenie tego auta to doświadczenie, które trudno porównać do czegokolwiek innego (tak to sobie wyobrażam), a unikatowe malowanie sprawia, że patrzenie na nie jest co najmniej równie trudno porównywalne. Ale jak to możliwe, że o dwudziestoletnim aucie możemy mówić – fabrycznie nowe?
Program dla freaków
Możemy mówić fabrycznie nowe. Bo oddane do oklejenia Porsche Carrera GT z 2005 r. pana Gomeza, zanim nabrało czerwono-białych barw, trafiło do fabryki Porsche. Pan Victor zlecił w ramach programu Sonderwunsch odświeżenie swojego Carrera GT z 2005. Ale nie było to zwykłe lakierowanie. Mówimy o prawdziwym Factory Re-Commission, czyli pełnej renowacji, która przywraca samochód niemal do stanu fabrycznego, a do tego pozwala wprowadzić indywidualne modyfikacje (co odróżnia tę procedurę od renowacji).
W przypadku auta Victora Gomeza praca zaczęła się od kompletnego rozebrania samochodu. Każdy element – od silnika V10 po najmniejsze wkręty – przeszedł gruntowną odnowę. Karoseria z włókna węglowego została ponownie zabezpieczona powłoką ochronną, a lakier, ręcznie nanoszony w odcieniach czerwieni Indian Red i bieli, precyzyjnie dopasowano do unikalnych kształtów nadwozia Carrera GT. Numer startowy 23, który w 917 oznaczał zwycięski samochód, tu nabrał nowego znaczenia: symbolizuje pasję właściciela do historii Porsche i motoryzacji w najczystszej formie. Wnętrze? Istne szaleństwo. Wybór padł na kontrastowe połączenie czerwonej alcantary i matowego włókna węglowego. Deska rozdzielcza, panele drzwi, kierownica i konsola środkowa zostały obszyte w intensywnym odcieniu czerwieni. Wnętrze przedniego bagażnika i zestaw akcesoriów transportowych również poddano podobnej stylizacji. Każdy element został wykończony z dbałością nie tylko o estetykę, ale też bezpieczeństwo i komfort użytkowania – nawet środkowe panele i zagłówki foteli pokryto niepalnym materiałem zgodnym z homologację FIA. Totalny odlot.
Szczere życzenia noworoczne
Mówi się, że sky is the limit – i to prawda, pod warunkiem że na to wznoszenie się zwyczajnie nas stać. A pana Gomeza ewidentnie stać. Ma hobby, ma wyobraźnię i, co w tym wypadku najważniejsze, ma też pieniądze, by jedno z drugim połączyć. Stare-nowe Porsche Carrera GT powstałe w ramach programu Sonderwunsch Factory Re-Commission z pewnością nie należało do tanich zachcianek, a do tego wymagało jeszcze czegoś dziś równie rzadkiego jak pieniądze: cierpliwości. Parę lat oczekiwania, dziesiątki konsultacji, detale dopieszczane do granic absurdu.
Co w zamian? Samochód, który jest materialnym pomnikiem własnych marzeń, wyrazem osobistej historii i hołdem dla motoryzacyjnej legendy. Gdyby próbować przetłumaczyć Sonderwunsch Factory Re-Commission na język polski, najuczciwiej brzmiałoby to chyba: kto bogatemu zabroni. I nie ma w tym ani grama złośliwości, raczej szczera konstatacja, że w świecie pasji, technologii i motoryzacyjnych ikon granice wyznacza wyłącznie wyobraźnia i… budżet. A na koniec pozostaje już tylko jedno: szczere życzenia noworoczne, by każdy z nas, na miarę swoich możliwości, mógł spełnić choć jedno takie „Carrera” marzenie.

