Potężny wzrost deficytu handlowego Polski

Ignacy Morawski
opublikowano: 2021-10-14 20:00

Skok importu z powodu wyższych cen paliw i innych surowców jest negatywnym zjawiskiem, które obniży dynamikę konsumpcji.

Polska notuje bardzo szybki spadek salda handlu zagranicznego towarami. Z potężnej nadwyżki dynamicznie przeszliśmy do bardzo głębokich deficytów, co wywołane jest głównie skokiem importu. Jeszcze kilka miesięcy temu można było oczekiwać, że to zjawisko wystąpi i będzie pozytywnym objawem. Teraz jednak można mieć wątpliwości, czy się z tego cieszyć. Zamiast mocno importować towary inwestycyjne, co normalne w okresie ożywienia, płacimy bardzo dużo za surowce.

W sierpniu saldo handlu towarami (różnica między eksportem a importem) wyniosło -1413 mln EUR i było najniższe od grudnia 2018 r. Uwagę przykuwa szybkość spadku salda, czyli wzrostu deficytu. Jeszcze w drugim kwartale notowaliśmy kilkusetmilionowe nadwyżki, a teraz jesteśmy na głębokim minusie.

Niektórzy analitycy uważają, że to zjawisko jest jedną z przyczyn obserwowanego we wrześniu osłabienia złotego. Rynek zorientował się, że Polska znacznie zwiększa import w relacji do eksportu, co oznacza większe zapotrzebowanie na finansowanie zagraniczne kapitałem portfelowym, co zwiększa ryzyko kredytowe kraju. Choć ja nie kupuję tego wyjaśnienia. Złoty w historii był najmocniejszy w okresach największych deficytów handlowych, a słabł w okresie, gdy zaczęliśmy notować nadwyżki. Moim zdaniem to słaba/silna waluta powodowała wysokie/niskie saldo handlu zagranicznego, a nie odwrotnie — zależność przebiegała w innym kierunku. Ponadto mamy na razie na tyle stabilny rachunek całego handlu i transferów (tzw. rachunek bieżący), że trudno dopatrzyć się na tym froncie jakiejś poważniejszej słabości kraju.

Pomińmy jednak walutę. Wzrost deficytu handlowego (czyli spadek salda) był zjawiskiem oczekiwanym, ponieważ w czasie kryzysu pandemicznego Polska miała nienaturalnie wysokie dodatnie saldo handlu. Nasza gospodarka produkowała dużo towarów kupowanych przez konsumentów w Europie Zachodniej czy USA, a jednocześnie dynamika popytu krajowego w Polsce była raczej mizerna. W ten sposób zwiększaliśmy oszczędności krajowe. Po recesji w naturalny sposób popyt krajowy powinien przyspieszyć mocniej niż sprzedaż eksportowa, co powinno podbić import w relacji do eksportu. I to się dzieje.

Problem polega na tym, że głównym czynnikiem odpowiedzialnym za pogorszenie salda jest nie wzrost importu towarów inwestycyjnych czy nawet konsumpcyjnych, lecz wynikające z wyższych cen zwiększenie płatności za surowce. Tak wskazuje Narodowy Bank Polski w komunikacie do danych. Widać to też w danych szczegółowych za lipiec (niestety szczegółowe dane za sierpień nie są jeszcze dostępne). W lipcu import paliw wzrósł o 64 proc., a import maszyn i sprzętu transportowego o 8 proc. To nie znaczy, że import towarów innych niż surowce nie wpływa na podbicie całego importu, ale nie jest prawdopodobnie czynnikiem najważniejszym.

Z tego zjawiska niestety nie za bardzo możemy się cieszyć, ponieważ jeżeli więcej wydajemy na import surowców, to mniej zostaje na konsumpcję. Gospodarka doświadcza szoku podażowego, czyli wzrostu cen, który wynika z niskiej dostępności towarów zagranicznych, a taki szok obniża PKB. O ile wzrost cen prądu nie jest aż tak straszny, bo następuje redystrybucja dochodów w ramach sektorów krajowych, o tyle wzrost cen ropy i innych surowców energetycznych jest już bolesny. Nie oznacza to recesji, ale jest to argument za tym, że 5-procentowy wzrost PKB będzie trudny do utrzymania.