Pożyteczne międzylądowanie

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-06-17 00:00

Rozpoczynający się w poniedziałek szczyt G8 w ufortyfikowanym Lough Erne w Irlandii Północnej to klasyczny przykład przerostu formy nad treścią.

Efektywność zbiórek władców świata jest minimalna w stosunku do ich rozdęcia propagandowego, kosztów zapewnienia bezpieczeństwa itp. Pomysł debatowania potęg we własnym gronie zakiełkował czterdzieści lat temu w związku z kryzysem naftowym. Najpierw w formule G4 paktowali przywódcy USA, Wielkiej Brytanii, RFN i Francji, do G5 szybko doprosili Japonię, G6 funkcjonowała z Włochami, do G7 zaliczono Kanadę i wreszcie do G8 wcisnęła się Rosja. Osobami szefów brukselskich instytucji do G8 dołączyła także Unia Europejska. Absurdem jest natomiast brak miejsca dla… Chin, drugiej gospodarki świata aspirującej do pierwszeństwa. Na pociechę Pekinu 5-6 września do Sankt Petersburga zjeżdża się G20, czyli G8 poszerzona o drugi krąg światowych graczy.

W tym kontekście wypada docenić umiejętne wpasowanie się w globalne interesy przez nas, maluczkich. Premierowi Donaldowi Tuskowi udało się wynegocjować międzylądowanie w Warszawie będącego w drodze na G8 japońskiego premiera Shinzo Abe, który w Warszawie spędził dobę. Od akcesji do UE przywódcy państw Europy Środkowej i Wschodniej spotykają się z takimi potentatami z daleka, jak prezydent Barack Obama czy przywódcy właśnie Japonii lub Chin, często zbiorowo. Gość ląduje w jednym miejscu i konferuje w pakiecie z rządcami okolicznych — z jego punktu widzenia — państewek. Notabene, międzylądowanie premiera Abe i niedzielne spotkanie z Grupą Wyszehradzką akurat w Warszawie wyszły szczęśliwie — wyobraźmy sobie atmosferę, gdyby owa dawno uzgodniona wizyta trafiła np. na ogarniętą w tych dniach gigantycznym skandalem na szczytach państwa Pragę…

Z pobytu szefa rządu Japonii należy cieszyć się głównie dlatego, że w ogóle do niego doszło. Poprzednią taką wizytę odnotowaliśmy dziesięć lat temu. W ciągu minionej dekady spośród potęg azjatyckich niezrównanie bardziej ofensywne w stosunku do naszego regionu stały się Chiny, a targana wewnętrznymi problemami Japonia sama zeszła na drugi plan. Na szczęście nowy premier ten niekorzystny dla obu stron trend zauważył. Notabene, jego otwarta polityka gospodarcza już jest nazywana od nazwiska „abenomiką”.

Do konkretów ważnych dla Polski wypada zaliczyć potencjalną współpracę energetyczną. Oba państwa jadą przecież na jednym wózku importerów surowców, w szczególności ropy i gazu. W sektorze węgla mamy zaś nadzieję na skorzystanie z japońskich osiągnięć technologicznych osiągania „czystości” węgla. W tej kwestii na partnerów z UE nie ma co liczyć, niezmiennie nakazują nam dekarbonizację gospodarki. Pozostajemy zatem z nadzieją na inwestycyjne i kapitałowe odblokowanie się Japonii wobec regionu, a konkretnie — wobec Polski. Oby jedynym efektem wczorajszej wizyty nie było zawinięcie do Gdyni flotylli cesarskiej marynarki… pardon, morskich sił samoobrony. Lub tylko upowszechnianie washoku, czyli tradycyjnej japońskiej kuchni i ogólnie kultury kulinarnej. W Polsce sushi smakuje i bez politycznej inicjatywy premiera…