Na razie nie mamy powodów do narzekania na brak inwestycji zagranicznych. Jednak wkrótce mogą się pojawić. Michał Chyczewski, ekonomista Banku BPH, zwraca uwagę na zjawisko, które pojawiło się u nas niedawno, a w ciągu ostatniego roku nabrało rozpędu: to szybko rosnące koszty zatrudnienia.
— Do niedawna koszty te rosły u nas wolniej niż w UE, głównie ze względu na niskie tempo wzrostu płac. Sytuacja zmieniła się radykalnie w tym roku, gdy płace zaczęły bardzo szybko rosnąć. To powoduje, iż tracimy konkurencyjność — w stosunku do innych krajów naszego regionu — jako potencjalne miejsce lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). A do niedawna właśnie niskie koszty pracy i łatwy dostęp do rynku pracy były naszymi atutami — uważa Michał Chyczewski.
Ale sytuacja się zmienia. Jeszcze przed wejściem do UE koszty zatrudnienia w Polsce realnie spadały. Dziś rosną, i to dużo szybciej niż w Czechach, czy Słowacji, z którymi rywalizujemy o inwestycje.
Koniec zachwytów
—
Inwestorzy zagraniczni wskazują na wyraźne pogorszenie, jeśli chodzi o zasoby
pracowników o odpowiednich kwalifikacjach. Na tle innych krajów wypadamy źle,
jeśli chodzi o pozapłacowe koszty pracy. Politycy często mówią, że u nas praca
jest tania i dostępna. Okazuje się, że w oczach zagranicznych inwestorów wcale
tak nie jest — uważa Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji
Pracodawców Prywatnych Lewiatan (PKPP).
Jego zdaniem, na razie zagraniczni przedsiębiorcy oceniają wysokość kosztów pracy ogółem w Polsce jako średnie w porównaniu z innymi krajami regionu.
— Praca u nas jest droższa niż na Słowacji, a tańsza niż w Czechach. Jednak koszty zatrudnienia wzrastają. Ta tendencja jest wyraźna — uważa ekspert PKPP.
To efekt m.in. presji płacowej, która powoduje, że przedsiębiorcy muszą zwiększać pensje, a także wyższych kosztów związanych z częstszą rotacją pracowników, co skutkuje wzrostem kosztów rekrutacji i szkoleń.
— Presja na wzrost wynagrodzeń i fakt, że rosną szybciej od wydajności nie tylko odstręcza potencjalnych zagranicznych inwestorów, ale utrudnia życie tym, którzy w Polce pracują. To zjawisko jest bardzo niepokojące —uważa Jeremi Mordasewicz.
Według Marcina Chyczewskiego, planowane od przyszłego roku obniżenie pozapłacowych kosztów pracy po stronie pracodawcy o 2 pkt proc. (składka rentowa) jest niewystarczającym posunięciem.
— Jeśli dziś realne koszty zatrudnienia po przeliczeniu na euro rosną u nas o ponad 12 proc., to nawet jeśli zredukujemy tę dynamikę o 2 pkt proc., ich wzrost i tak będzie większy niż w Czechach czy na Słowacji. Poza tym nie wykluczone, że w sytuacji wolniejszego wzrostu gospodarczego rząd będzie zmuszony podnieść obciążenia podatkowe.
Zero zasług
Poza obniżką
składki rentowej rząd nie zrobił nic, by zachęcić inwestorów do Polski. A to, że
dziś są u nas, nie jest wynikiem jego polityki, bo decyzje inwestycyjne
podejmowane są z kilkuletnim wyprzedzeniem. Dlatego ewentualne negatywne skutki
dzisiejszego spadku konkurencyjności w tym obszarze odczujemy za 2-3 lata, gdy
realizowane będą decyzje podejmowane obecnie — uważa ekonomista Banku BPH.
Zdaniem Jeremiego Mordasewicza, obniżka składki rentowej jest oszustwem ze strony rządu.
— Nie można bowiem obniżać składki rentowej, nie ograniczając jednocześnie wydatków na świadczenia społeczne — uważa ekspert PKPP.
Ewentualne spowolnienie napływu BIZ do Polski będzie miało negatywne konsekwencje nie tylko na bieżącą wielkość PKB, lecz także na potencjalne możliwości wzrostu w kolejnych latach. Problemy z BIZ mogą się też źle odbić na stabilności waluty (BIZ zapewniają stabilne finansowanie deficytu obrotów bieżących), co dotknie np. eksporterów i importerów — zabezpieczanie się przed ryzykiem kursowym podrożeje.
— To wszystko jest jednak pochodną polityki gospodarczej: pytanie, czy rządzący pójdą drogą szybkiego rozwoju i modernizacji, czy wybiorą powolny wzrost w quasisocjalnym otoczeniu — mówi Michał Chyczewski.