Prawda z komplikacjami

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 26-01-2007, 00:00

Co za czasy, co za obyczaje! Tak wołali Rzymianie ponad dwa tysiące lat temu, pomstując na utrapienia. Jeśli im wierzyć, było wyjątkowo źle.

Rozpusta, korupcja, afery, tajne powiązania świata polityki i finansjery, układy, spiski grożące bezpieczeństwu Rzeczypospolitej, wpływy państw ościennych, opieszałość i stronniczość sądów, bezczelność młodzieży, wykorzystywanie religii dla celów politycznych. I tak bez końca. Czytając mowy Cycerona, odnosi się wrażenie, że — poza techniką, osobami i nazwami urzędów — nic się nie zmieniło. Przybyło tylko medialne nagłośnienie każdej, nawet błahej sprawy.

A skoro mowa o Cyceronie. Został oskarżony, że jako konsul nadużył władzy i złamał prawo, tłumiąc spisek Katyliny. Bronił się, twierdząc, że wobec zagrożenia bezpieczeństwa państwa musiał się imać środków nadzwyczajnych. Wrogowie odrzucali tę argumentację i kiedy doszli do władzy, musiał opuścić Rzym na dwa lata. Do dziś jego sprawa stanowi przedmiot debat. Na szczęście historyków i prawników, nie polityków. Wśród biadań tamtych ludzi na okropności ich czasów brak tylko opisów molestowania w naszym pojmowaniu tego wyrazu. Jest on łaciński; oznaczał natarczywe dokuczanie. My rozumiemy go jako przykre, uciążliwe domaganie się od osób podwładnych usług seksualnych. W starożytności możliwości pracy kobiet poza domem były żadne. Z wyjątkiem jednego zawodu. Tu zaś sprawy przedstawiały się jasno... Dodajmy, że nie istniały w Rzymie biura poselskie lub senatorskie. Obywatele głosowali nad ustawami i wybierali urzędników bezpośrednio, reprezentacji poselskiej nie znano. A senatorzy z mocy ustaw i tradycji musieli być majętni, mieć za sobą służbę wojskową i doświadczenie w piastowaniu wyższych urzędów. Te ostatnie wymogi wydają się godne i dziś rozważenia, nawet wprowadzenia. Nie tylko w przypadku senatorów.

Pod koniec każdego roku pojawia się pytanie, czym różnił się on od innych w życiu publicznym? Czy wydarzyło się w roku 2006 coś, co by zapewniło mu trwałe miejsce w historii? W gruncie rzeczy był zwyczajny. Gospodarka, niezależna od politycznych zawirowań, wprowadzona na właściwe tory wcześniej, rozwijała się pomyślnie. Życie publiczne za to przebiegało burzliwie — bywały momenty przykre, niesmaczne, śmieszne. Ale tak to już się dzieje w tym obszarze zawsze i wszędzie. Wystarczy westchnąć: O tempora, o mores!

Myślę, że jednak przejdzie ten rok do historii. Z nie najlepszą notą. Kto wie, czy nie zostanie uznany za ważny w jednej dziedzinie. Chodzi o ostatnio nasilony proces niszczenia autorytetów. Wszelkich — z prawa i z lewa, świeckich i kościelnych. Pod różnymi pozorami i z użyciem różnych metod. W życiu każdej społeczności autorytety odgrywają rolę podstawową. Stanowią punkty odniesienia dla postawy jednostki, są wzorami i przykładami. Te prawdy nie wymagają żadnych uczonych wywodów i dowodów.

Czy więc zmasowane obalanie autorytetów w ramach bieżącej walki politycznej, ale też dla sensacji medialnej, nie będzie miało w przyszłości zgubnych skutków? Podobne rzeczy działy się w każdej epoce, w każdym kraju i ustroju. Historia dostarcza przykładów. Demokracja ateńska — nasza kultura zawdzięcza jej niemal wszystko, nawet ideał ustroju — upadła właśnie skutkiem takiego procederu. Zaczął się on żywiołowo po bolesnych niepowodzeniach wojennych. Szukano winnych — to zrozumiałe. Proces raz wprawiony w ruch, podsycany walką o władzę, mściwością, toczył się niepowstrzymanie. Jedną z pierwszych ofiar stał się Perykles — oskarżony, a jakże!, o przywłaszczenie pieniędzy publicznych. Potem do głosu dochodzili politycy szermujący populistycznymi hasłami. A w wyścigu poglądów ekstremalnych nie ma końca i granic. Zawsze znajdzie się ktoś bardziej radykalny, zionący większą nienawiścią do rządów poprzednich. W czasach nowożytnych przykład najlepszy dają dzieje rewolucji.

Powie ktoś, że przykłady nie są właściwe. Ateński zbyt odległy, rewolucje zaś rozgrywały się w innej skali, były potężne, okrutne, miały wielkie ideały. Nasze obecne spory i walki, głównie personalne, są małostkowe i obrzydliwe. Chodzi jednak o mechanizm. Niszczenie autorytetów jest dla każdej społeczności groźniejsze od kryzysów ekonomicznych. W gospodarce bywa rozmaicie, ale z każdej biedy można jakoś się wydobyć. Jakim wszak cudem przywrócić do życia i do znaczenia autorytety raz sponiewierane? Jak odrodzić zaufanie społeczne do konkretnych osób, do własnych elit i szacownych instytucji? Owszem, w pewnym momencie przychodzi opamiętanie. Tak było w Atenach. Kiedy stało się jasne, że nie da się wyważyć wzajemnych krzywd, ogłoszono amnestię, czyli zapomnienie. Sięgnęli po ten środek Rzymianie w toku wojen domowych. W jednym i drugim wypadku było za późno...

Ateńczyków usprawiedliwia wojna i jej psychologiczne skutki. Rewolucje minionych wieków miały tło wojenne. A jaką to wojnę my toczymy? Głosi się, że chodzi o Prawdę. Któż jednak zdoła w pełni odtworzyć prawdę historyczną we wszystkich jej komplikacjach? Smutna to refleksja. I jeszcze jedna uwaga, równie smutna, choć często powtarzana: historia uczy, że nikt nigdy niczego z jej lekcji się nie nauczył. Dlatego wciąż musimy powtarzać: O tempora, o mores!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu