Prezes z gitarą

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-11-24 00:00

Grają. Jedni dla siebie, inni do kotleta (firmowego). Sami lub w bandach. Na co dzień menedżerowie, nierzadko prezesi dużych firm. Po godzinach — rozwiane włosy i gitarowe riffy lub choćby muzyczne pląsy. Zawsze z pasji, zawsze na luzie.

Irytujący dźwięk marakasów, świdrujących uszy cabarów i kojących cowbelli. Kocia muzyka. To próba generalna. Jedyna przed prawykonaniem dzieła, które śmiało mogłoby się znaleźć w księdze rekordów Guinnessa. Po chwili 176 pośredników, pracowników i partnerów Towarzystw Ubezpieczeniowych Grupy Concordia na 270 etnicznych instrumentach zagrało jeden utwór. Tytuł? Jakiś tam, nieważne. Ważne, że zagrali. Wspólnie. Po fajrancie. Ten jeden raz.

Dla wielu menedżerów muzyka jest jak chińska łamigłówka, którą każdy rozwiązuje po swojemu. I zawsze dobrze.

Oracle na basie

Spójrzcie na niego — czy oczyma wyobraźni widzicie go na estradzie szarpiącego struny u boku Kory czy facetów z Lady Pank? Kto zna Pawła Piwowara, prezesa Oracle CEC, wie, że to możliwe. Jest żywym przykładem tego, że pasję tworzenia muzyki można pogodzić z biznesem, a nawet uczynić ją częścią wizerunku firmy. Gra na gitarze basowej — i to całkiem nieźle. Zaczynał w kapeli kościelnej, grywał na weselach, do kotleta. Po studiach gitara stała się nieodzownym elementem jego życia.

— Zaczynałem na gitarze basowej, bo na czterech strunach grać łatwiej niż na sześciu. Niedawno na urodziny kupiłem sobie prezent: gitarę elektroakustyczną. Odkryłem, że teraz amatorskie muzykowanie jest dużo prostsze, bo można z komputerów puszczać ścieżki muzyczne, dodawać różne instrumenty towarzyszące. Wystarczy tylko trochę grać, by u siebie w domu brzmieć jak cała orkiestra. Bajka! Pamiętam, że spędziłem wtedy w sklepie przeszło dwie godziny — opowiada Paweł Piwowar.

Ma cztery gitary. W piwnicy domu, gdzie miał być basen, powstało małe studio. Niedościgniony idol? Mark Knopfler.

— Mistrz gitary, czasem w domu próbuję grać jego kawałki. Bliżej mi do Sygitowicza. Całkiem nieźle wychodzi mi: „Knockin on Heaven’s Door” zespołu Guns’n’Roses, Beatlesów: „Get Back” czy „Day Tripper”, chętnie gram ballady. Zdarza mi się śpiewać, ale tu jestem estetycznie niedorozwinięty (choć wiele się mówi o tym, jak podczas pewnej imprezy firmowej na Węgrzech, zaśpiewał po polsku cygańską balladę — przyp. red.) — twierdzi Paweł Piwowar, który w telefonie komórkowym ma program do strojenia gitary:

— Przykładam telefon do struny, uderzam w nią i patrzę na wyświetlacz. Jeśli słupki się pokrywają, to znaczy że struna jest nastrojona.

Czym dla prezesa wielkiej organizacji jest muzyka?

— Formą odstresowania, takim workiem treningowym. Zawodowe stresy leczę w piwnicy swego domu, grając kilkanaście minut. A poza tym... Kontakty z naszymi klientami, dostawcami, które wyrastają z muzycznej pasji, ułatwiają prowadzenie biznesu. Wielu menedżerów, których znam, to nie tylko moi klienci, lecz po prostu faceci od gitary. Pomaga. Muzyka łagodzi obyczaje — również w biznesie — twierdzi Piwowar.

Tyle teorii. Czas na praktykę. Na początku była mowa o Maanam, Lady Pank i wyobraźni? Przed państwem zespół…

Trzej królowie

Na scenę padają skąpe światła. Kora, gwiazda wieczoru, śpiewa „Kocham Cię, kochanie moje”. Akompaniują jej muzycy, ale to nie Maanam, choć nieźle radzą sobie z gitarami. W światku muzycznym — nieznani, w biznesie — królowie: Piotr Wierzbicki, prezes Sun Microsystems Poland (w Sun jego poprzednik Andrzej Jaskulski też gra na gitarze, niektórzy twierdzą nawet, że „wymiata”), Jacek Kuźmicki, zastępca dyrektora generalnego Cisco Systems (grywał nawet w Irish Pubie) i Paweł Piwowar. Czasem pomaga Tomasz Romanowski z Alstom. Trzej Królowie Internetu na scenie pochyleni nad swoimi gitarami. Rzadki widok. Ale za to jaki czad!

— Tworzymy zespół Trzej Królowie. Co roku, w sobotę poprzedzającą finał WOŚP, organizujemy wieczór Trzech Króli Internetu, na którym zbieramy pieniądze dla orkiestry i gramy z gwiazdami — z Marylą Rodowicz, Kayah, Lady Pank. Na żywca! I to nie jest takie granie do kapelusza, byle jak, byle grać. Ćwiczyłem prawie trzy tygodnie! Kora wpuściła nas na scenę — pod warunkiem że jej nie popsujemy reputacji, więc wcześniej było przesłuchanie — wyjaśnia Paweł Piwowar.

Przed imprezą wspólnie trenują w starej fabryce na Woli. Z wyjątkiem Tomasza Romanowskiego — ten wchodzi „na żywca”.

Prezesi

Każdy, kto zna Mirka Kalisiewicza, prezesa firmy Zdrovit, twierdzi to samo: jest zdrowo zakręcony. Na punkcie muzyki. On i jego ludzie z zespołu Prezesi są jak Blues Brothers: gdy trzeba, wychodzą zza biurek, zrzucają marynarki, sięgają po gitary. I grają. Nie dlatego że — jak filmowi bohaterowie Johna Landisa — mają „misję od Boga”, lecz w myśl zasady: szukaj przyjaciół tam, gdzie śpiewają, bowiem źli ludzie pieśni nie znają.

— Dlatego w naszym zespole hołdujemy zasadzie, że każdy musi śpiewać, a nie tylko grać. Muzyk, który nie śpiewa, to jak artysta, który nie umie narysować konia. A gramy głównie własne kompozycje, rzadko covery —opowiada Kalisiewicz.

Tylko dla pracowników

Muzykowanie po godzinach zamiast tenisa czy golfa? Okrasa firmowych bankietów lub imprez charytatywnych? Zazwyczaj. Ale w gabinetach z dyrektorskimi fotelami są ludzie, którzy muzykę traktują o wiele poważniej. Choć nikt by się po nich tego nie spodziewał. Niedawno znajomi pożyczyli mi płytę. Pomarańczowa okładka. Tytuł: „Staff Only”. 13 utworów. Łagodny smooth jazz, elektroakustyczny. Wpada w ucho. Skojarzenia? Brzmieniowo z Acoustic Alchemy i Fourplay Jazz.

Wykonawca? Przed państwem producent płyty i jeden z wykonawców — Tomasz Romanowski, dyrektor IT w Alstomie.

— Gram na basie od 30 lat. Właściwie dzięki dwóm braciom, którzy grali, ale gitary przede mną chowali. Najsmakowitszy jest owoc zakazany, więc to ja dzisiaj gram, oni już nie. Gitara to sposób na odstresowanie. Kwadrans wystarcza za wyjazd za miasto. Wiem, że nie przeżyłbym w zwariowanym świecie biznesu, gdyby nie granie — przekonuje Romanowski.

Zaraz po studiach ponad rok świeżo upieczony inżynier żył z grania.

— Bardzo chciałem wydostać się na Zachód. Niestety, miałem dyplom inżyniera, tymczasem paszport dawał dyplom muzyka. Eksternistycznie ukończyłem średnią szkołę muzyczną. Jestem z zawodu muzykiem. Proszę wierzyć, muzyk to diabelna harówa. W końcu dostałem od Pagartu upragniony paszport. Kilka lat pracowałem jako inżynier w Szwajcarii. Muzyka diametralnie zmieniła moją karierę zawodową — mówi Tomasz Romanowski.

Jako jeden z niewielu menedżerów gra z własnym zespołem Staff Only (inżynierowie i zawodowi muzycy). Na trąbce: Marcin Gawryś, jeden z najlepszych trębaczy w Polsce. Muzyka? Smooth jazz. W muzycznym świecie biznesu, zdominowanym przez blues i rock, to ewenement.

— Nie gram coverów. Pociąga mnie komponowanie, aranżowanie i wykonywanie własnych utworów. Hałasuję w domu, we własnym studio w piwnicy.

Ma dwie gitary basowe. Tylko dwie.

— Bo w końcu udało mi się kupić tę, o której marzyłem od lat: stewart spector, smaczek wśród gitar. Marzył mi się też warwick. Sześć lat temu, będąc w delegacji w Zurychu, poszedłem do sklepu muzycznego Bass Center, patrzę, jest! Cena? Jak dla mnie. Zagrałem kilka akordów. Sprzedawca przyniósł inną gitarę: masz, spróbuj na tej. Zerkam na metkę: cena trzykrotnie wyższa. Nalegał, posłusznie włożyłem wtyczkę do wzmacniacza i uderzyłem pierwszy dźwięk… i wiedziałem, że muszę ją mieć. To była gitara wykonana przez Stewarta Spectora, 17-letnia (wcześniej należała do członka zarządu Swissair). Wróciłem z nią do Polski — wspomina Tomasz Romanowski.

Spector to rodzynek, choć nie gitarowy stradivarius. Gra na niej basista Pink Floyd, ale na króla gitar, fendera, stać niewielu.

Ćwiczy. Dwa razy w tygodniu spotyka się z perkusistą Leszkiem Ligęzą (przez kilka godzin intensywnie szlifuje warsztat). Od wielu lat uczestniczy w letnich warsztatach muzycznych w Gdyni, prowadzonych przez jego przyjaciela, Krzysztofa Ścierańskiego. Kiedyś był jego uczniem, dzisiaj — asystentem.

— Czasami gramy na estradzie. Dwa lata temu w klubie jazzowym Tygmont, na gali CIO, przy okazji imprez charytatywnych, firmowych, konferencji. I dla WOŚP Jurka Owsiaka — mówi Romanowski.

Trzy lata temu z zespołem nagrał płytę Staff Only (1000 egz.). Rozeszła się natychmiast. Wśród znajomych i kontrahentów. I już pracuje nad kolejną, ponoć bardziej funkową.

— Możliwość kreowania jest czymś, co kręci, daje satysfakcję — zwłaszcza muzyka, którą tworzy się z niczego. To pasja, bez której nie mogę działać, istnieć, daje balans mojej psyche. A gdy jeszcze słyszę, że ktoś chce tego słuchać, jadąc samochodem... Satysfakcja tym większa — kończy Romanowski.

Paliwowi muzycy

W co oni grają? — zastanawiali się członkowie sejmowej speckomisji, słuchając zeznań muzyków: Wiaczesława Smołokowskiego i Grzegorza Jankielewicza, właścicieli J&S. Grzegorz Jankielewicz tak opowiadał posłowi Konstantemu Miodowiczowi o swej muzycznej karierze: „Po szkole muzycznej interesowała mnie muzyka, interesował jazz. Studiowałem w tym, jak mówiłem, w tym technicznym instytucie, ale tam w tym samym instytucie grałem na gitarze. Skończyłem studia muzyczne na fortepianie, a grałem na gitarze. Pracowałem w klubach, w restauracjach, na różnych imprezach związanych z muzyką (…). Nigdy nie pracowałem w firmie państwowej, w żadnej. Jedynie byłem muzykantem, pracowałem w zespole muzycznym i to było, wie pan, to było Moskiewskie Stowarzyszenie Ansabli Muzycznych”. Smołokowski wspominał zaś, że studiował głównie grę na klarnecie i przez kilka lat koncertował. Dziś jest współwłaścicielem najnowocześniejszego w Europie studia nagraniowego Sound & More. Obaj mają w pamięci powiedzenie Paula Claudela: od muzyki piękniejsza jest tylko cisza.

Ale ani poseł Miodowicz, ani pozostali członkowie speckomisji nie wiedzieli, że Smołokowski i Jankielewicz nie są jedynymi w J&S Energy, którzy odróżniają nuty od półnut. Aleksander Birman, dyrektor handlowy, członek zarządu J&S — z wykształcenia też muzyk — do niedawna grał w kilku zespołach na gitarze basowej. Jest i flecista.

— Gdy miałem 8-9 lat, byłem już na etapie Pink Floydów — gdy moi koledzy wciąż słuchali Beatlesów. Zawsze miałem mnóstwo płyt. Chyba mam dobry słuch, bo do jakiego instrumentu bym się nie dorwał, potrafiłem na nim grać. Była oczywiście gitara, nawet własna kapela rockowa i koncerty... Z czasem porzucona na rzecz sportu. Teraz gram na flecie i nawet usiłuję wykonywać ambitniejsze kawałki, chociażby „Bolero” Ravela. Flet jest instrumentem, na którym można bardzo wiele zagrać. Ma przyjemny dźwięk, kosztuje 50 zł i zajmuje niewiele miejsca... Do gry zmobilizowała mnie córka, która ma zajęcia z fletu w szkole, więc razem ćwiczymy wieczorami — mówi Grzegorz Zambrzycki, prezes J&S Energy.

Na studiach Zambrzycki jeździł w trasy koncertowe z zespołem Oddział Zamknięty — jako pracownik techniczny: rozstawiał bębny, podawał gitary, wymieniał struny.

— Na stanowisku, z którym wiąże się mnóstwo stresu, każdy musi znaleźć wentyl. Alkohol, kobiety, czasem sport. Albo takie pasje jak właśnie muzykowanie — dodaje Grzegorz Zambrzycki.

Jabro Bogota

We wrześniu tego roku Sony Music wydała jego debiutancką płytę. Dziesięć blusowych kawałków po angielsku i pięć po polsku. Blues z nutą romantycznego rocka. Zmysłowo chrobotliwy głos wokalisty nasuwa skojarzenia z Leonardem Cohenem. To śpiewa Jabro Bogota. Prawnik z wykształcenia, muzyk z pasji. Z zawodu dziennikarz. Kto się kryje pod tym pseudonimem? On sam go lubi, bo nie przepada za błyskiem fleszy i smugami reflektorów.

— Nie chciałem się obnosić z nazwiskiem. Wydaje mi się, że jeżeli ta muzyka jest dobra, to obroni się sama —twierdzi Bogusław Chrabota, redaktor naczelny Polsatu.

I chyba jest dobra, bo — choć nie zyskała miana platynowej —środowisko bluesowe też nie nazwało jej badziewiem. Emanują z niej osobiste fascynacje:

— Przede wszystkim Peterem Greenem, legendarnym gitarzystą, następcą Erica Claptona w Bluesbreakers i lidera Fleetwood Mac, Johnem Mayallem, legendą białego bluesa, JJ Calem — pieśniarzem z Oklahomy. Ale niezależnie od tego gdzieś tam w tle pojawia się także fascynacja krakowską Piwnicą Pod Baranami.

Płyta dowodzi, że jest również niezłym instrumentalistą: jego ulubiona gitara to fender stratocaster, rozsławiony przez Jimmi’ego Hendriksa. Ma trzy elektryczne: dwa ibanezy i fendera, poza tym dwie gitary akustyczne i jedną klasyczną. Każda służy do czego innego.

— Pierwszą gitarę udało mi się kupić, gdy miałem piętnaście lat. Paździerz, ale byłem jej wierny latami. Marzenia o lepszym sprzęcie zrealizowałem dopiero po trzydziestce, gdy zacząłem więcej zarabiać. Wtedy też sprecyzowały się też moje gusta muzyczne, stałem się wielbicielem bluesa, któremu jestem wierny i który jest moją drugą naturą. Z czasem zacząłem dżemować. Powstał band bluesowy, w którym grałem z Leonem Wareckim, niegdyś szefem Hollywood Video (zmotywował mnie do gry w szerszym składzie). Graliśmy covery, własne numery... Potem dołączył Jurek Petersburski — opowiada Chrabota.

Właśnie buduje sobie w domu małe studio muzyczne. Prócz grania, pisze anonimowo teksty piosenek dla różnych zespołów, dla Jacka Dewódzkiego, niegdyś wokalisty grupy Dżem, dla Harlemu, Kasy Chorych...

— Trzy lata temu pomyślałem, że mam tyle materiału muzycznego, że warto by wydać płytę autorską. Szukałem kogoś, kto mógłby to zaśpiewać. Nie znalazłem nikogo. Postanowiłem założyć własny zespół. Wybrałem paru dobrych muzyków, zawodowców i przez dwa lata, zazwyczaj nocami, pracowaliśmy nad materiałem, który ukazał się na płycie Yeednoo. To zarazem nazwa naszego zespołu. Do dzisiaj sprzedało się ponad 2 tys. egz. —mówi Jabro-Chrabota. I twierdzi: blues, zwłaszcza dżem, uspokaja, wycisza:

— Blues, jego bit, to jest coś porównywalnego z biciem serca, naturalny rytm. To muzyka uspokajająca, bez zadęcia, pozy, kreacji.

PBG Band

Gitara to chyba najpopularniejszy instrument menedżerów. Grają na niej Leszek Czarnecki, prezes Raiffeisen Bank Polska, Mariusz Jaskulski, prezes ComFort Meridian, Dariusz Wojdyga, prezes Hoop, kilku menedżerów TP.

— Inżynierowie mechanicy chyba wolą gitary basowe, a informatycy — akustyczne — zauważa Tomasz Romanowski.

Jerzy Wiśniewski, prezes PBG, nie gra. To dla niego grają pracownicy z firmowej kapel PBG Band. Na instrumentach perkusyjnych Małgorzata Wiśniewska, wiceprezes, analityk na gitarze, rzecznik prasowy na perkusji, wokale — z PR i działu kadr.

— Gramy na firmowych imprezach. Kiedyś nawet jako support Perfectu — przyznaje Robert Białczyk, rzecznik prasowy.

I niech ktoś powie, że świat walnych zgromadzeń, krawatów i dyrektorskich gabinetów jest głuchy jak pień. Własne kapele, płyty, studia nagrań, godziny spędzone z instrumentami — od harmonijki i fletu po perkusję i klawisze. Czasem uszy więdną... Ale czy to ważne? W końcu „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie oto chodzi, jak co komu wychodzi”.

Pasja tworzenia. Także muzyki. To się liczy.