Prezes zarządza pacyfikację sądów

opublikowano: 17-10-2021, 20:00

Publiczne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego nie są zwyczajnymi politycznymi wywiadami czy oświadczeniami, wszak naczelnik usadowił się w hierarchii tzw. dobrej zmiany znacznie powyżej prezydenta, premiera, marszałków i innych pomniejszych funkcjonariuszy. Wypada je zatem traktować niczym biblijne drzewo wiadomości dobrego i złego.

W sobotę najwyższy władca zapowiedział dokonanie wreszcie przez PiS długo odkładanej pacyfikacji całego polskiego sądownictwa, od samej podstawy piramidy. W nagrodę za wykazywaną ostatnio lojalność, konieczną dla utrzymania sejmowej większości, Zbigniew Ziobro wreszcie otrzymuje zielone światło dla wykonania instytucjonalnego oraz kadrowego skoku na sądy, analogicznie jak uczynił to z prokuraturą.

W pierwszej kadencji tzw. dobra zmiana wprowadzana była do sądownictwa od góry. Najłatwiejsze stało się przejęcie 15-osobowego Trybunału Konstytucyjnego. Znacznie bardziej żmudne okazuje się obsadzenie swojakami 125-osobowego (liczba maksymalna, faktycznie sędziów jest poniżej 100) krnąbrnego Sądu Najwyższego (SN). Natomiast całym 10-tysięcznym korpusem sędziów można sterować tylko zmianami organizacyjnymi i personalnymi. Pretekstem do ustawowej pacyfikacji ma być likwidacja Izby Dyscyplinarnej SN, czyli sztandaru pierwszej fazy opanowywania sądownictwa. Niezależnie od bardzo ostrej reakcji UE, również samo PiS uznaje obecnie jej utworzenie za fatalny błąd. Według koncepcji niejasno zarysowanej przez prezesa, zadania zlikwidowanej izby miałby przejąć chyba cały SN, radykalnie zmniejszony do rozmiarów kadłubka.

Jednym z filarów ustawowego spacyfikowania polskiego sądownictwa ma być radykalne zmniejszenie składu Sądu Najwyższego oraz zabranie mu części kompetencji.
Mateusz Wlodarczyk / Forum

Fundamentem wymiaru sprawiedliwości w państwie prawa jest dwuinstancyjność. Instytucja kasacji, dotycząca jedynie kontroli procedur, całkowicie błędnie postrzegana jest jako trzecia instancja merytoryczna. Struktura sądów powszechnych, bez SN, jest jednak trzystopniowa – obejmuje rejonowe, okręgowe i apelacyjne. Prezes zapowiedział rozsypanie tej piramidy i ustawienie jej na nowo. Wszystkie sądy rejonowe w powiatach miałyby stać się… okręgowymi, tzn. faktycznie wydziałami zamiejscowymi prawdziwego sądu okręgowego dla danego województwa. Apelacyjne zaś miałyby stać się bliżej niesprecyzowanymi sądami regionalnymi, do których trafiałyby kasacje. Przypomina to mieszanie herbaty bez dosypywania cukru, od czego nie staje się ona słodsza. Sztuczne podwyższenie rangi tabliczek na gmachach sądów w powiatach będzie taką samą fikcją, jaką było np. absurdalne przemianowanie drugiej ligi piłkarskiej na pierwszą.

Prawdziwą ułomnością polskiego wymiaru sprawiedliwości wciąż jest przewlekłość postępowań. Można jej przeciwdziałać tylko usprawniającymi zmianami kodeksów, ale to przerasta kwalifikacje władców. Jakże nieuczciwa jest np. terminowa dyskryminacja uczestników postępowań w stosunku do orzekających sądów. Strony procesu muszą ściśle dotrzymać kodeksowych terminów, pod ostrym rygorem – niepodjęcie określonej czynności czy niezłożenie pisma powoduje definitywne wygaśnięcie prawa do tej czynności. Tylko w bardzo wyjątkowych okolicznościach losowych możliwe jest przywrócenie uprawnienia. Mimo dotrzymania przez strony terminów, czekają one później bardzo długo na kalendarzową łaskę niewydolnego sądu – rozstrzygnięcie ma kodeksowo nastąpić w „rozsądnym terminie”, to kategoria pusta. Po pięciu latach tzw. dobrej zmiany nastąpiło w Polsce zdecydowane pogorszenie owej „rozsądności”. Spacyfikowanie przez PiS struktur sądownictwa, bez znacznie trudniejszego usprawnienia kodeksów postępowania, niczego nie poprawi, będzie tylko gorzej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane