Prezydencja w cieniu wyborów

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-01-19 20:00

Kończąca się w czwartek sesja Parlamentu Europejskiego (PE) w Strasburgu na pewno zapisze się w unijnych kronikach jako niestandardowa. Pierwszy raz europosłowie pożegnali przewodniczącego PE zmarłego podczas sprawowania funkcji, David Sassoli odszedł na tydzień przed przekazaniem fotela.

Z naszego punktu widzenia wyniki wewnętrznych wyborów połówkowych w PE na drugą 2,5-roczną część kadencji wieszczą dla obecnego rządu jak najgorzej. Całkiem obiektywnie nieszczęściem Polski jest sytuacja, że najsilniejsza partia – lista PiS w obecnej kadencji zdobyła aż 27 mandatów spośród polskich 52 – ma w PE znaczenie politycznej śmieciówki. To określenie bardzo zasadne, nawiązujące do nazywanych tak gorszych umów o pracę. Dlatego do końca obecnej kadencji stosunki naszych władców z organami i instytucjami unijnymi mogą się tylko jeszcze bardziej psuć, a nie poprawiać. Nie mają jakichkolwiek szans na przebicie się do acquis communautaire, czyli wspólnotowego dorobku prawnego, pomysły dominujące obecnie w rządowej propagandzie. Przede wszystkim myślę o idei nowelizacji unijnego systemu przyznawania i kupowania uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Dyrektywy i rozporządzenia przyjmowane są nie przez prezydentów/premierów na szczycie Rady Europejskiej (RE), lecz przez dwie izby legislacyjne – PE oraz ministerialną Radę UE.

Podczas obecnej sesji PE z naturalnym zainteresowaniem oczekiwano exposé Emmanuela Macrona. Prezydent Francji zarysował cele półrocznej prezydencji Rady UE. Zawsze trzeba pamiętać, że rotacyjne kierowanie przez dane państwo dotyczy wyłącznie tegoż ministerialnego organu, zbierającego się w dziesięciu składach branżowych. Gigantycznym nadużyciem i nieprawdą jest zatem sformułowanie, że np. Francja (i każde inne państwo) na pół roku przejęła stery Unii Europejskiej! Ta brutalna traktatowa prawda zderza się jednak z mniemaniem prezydenta/premiera państwa o jego okresowej nadzwyczajnej pozycji.

Reformatorski traktat z Lizbony ustanowił urząd stałego przewodniczącego RE. Od jego wejścia w pełni w życie, czyli od 1 stycznia 2010 r., instytucja rotacyjnej prezydencji skarlała. Państwo sprawujące ją oczywiście ma możliwości pewnego przyspieszania czy spowalniania w ministerialnej Radzie UE ścieżki legislacyjnej konkretnych dyrektyw czy rozporządzeń, może także wpływać na ich szczegóły w tzw. trilogu negocjacyjnym z PE oraz Komisją Europejską. Ale to w praktyce wszystko.

W związku z tym prezentowane na forum PE, zawsze w styczniu oraz lipcu, tzw. cele prezydencji trzeba odcedzać z pustosłowia i chciejstwa. Emmanuel Macron skoncentrował się na unijnych fundamentach – demokracji, postępie i pokoju. Stwierdził, że są obecnie zagrożone i wezwał do tchnięcia w nie nowego życia – cokolwiek to znaczy. Ostrzegł, że koniec praworządności jest początkiem autorytaryzmu i podkreślił, że UE musi wykorzystać dialog do odzyskania tych, którzy odchodzą od demokratycznych zasad. Zapewnił, że francuska prezydencja będzie priorytetowo traktowała akty służące obywatelom UE. W związku z tym zaproponował m.in. włączenie prawa do aborcji do Europejskiej Karty Praw Podstawowych, a w tym samym pakiecie odniósł się do wyzwań klimatycznych, cyfrowych i związanych z bezpieczeństwem. Generalnie najciekawszym elementem jego prezentacji było odezwanie się na sali PE nożyc kampanii prezydenckiej. Emmanuel Macron uzyskał od losu kalendarzowy prezent, czystym przypadkiem także w tym półroczu odbędą się wybory prezydenta Francji. Jeśli zdobędzie reelekcję – cele prezydencji Rady UE jakoś zaznaczą się w unijnym prawie, jeśli natomiast przegra – trafią do kosza.

Emmanuel Macron podporządkował półroczną francuską prezydencję Rady Unii Europejskiej własnej kampanii wyborczej. Pierwsza tura wyborów prezydenta Francji już 10 kwietnia, w Niedzielę Palmową.
Mathieu CUGNOT