Prezydencki fundusz, czyli Ukraina może

Prezydent Bronisław Komorowski dołączył do grona osób, które poinformowały nas , że Ukraina może kupować broń w Polsce. Wcześniej mówił o tym już gen. Stanisław Koziej, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Tomasz Siemoniak, wicepremier i minister obrony, Grzegorz Schetyna, minister spraw zagranicznych... Słowem, najważniejsi z ważnych.

Jak rozumiem, Ukraina może kupować broń, ale nie kupuje – stąd tyle informacji, że może kupować? Albo już kupuje, a politycy mówią, że może kupować, żeby w przyszłości nie było problemów, że kupowała? Nie rozumiem. I nawet nie muszę. Ukraina jest krajem leżącym w kręgu naszych przyjaciół, nie ma embarga na sprzedaż broni, więc jeśli chce to nie kupuje i niech ta wiedza pozostanie częściowo tajna. Kropka. Ale jeśli nie kupuje, a my powtarzamy, że może kupować? Wtedy jest problem. Nie zachowujemy wystarczająco przyzwoicie.

Głównym problemem Ukrainy są oczywiście pieniądze. Te na zbrojenia wydają się tak samo niezbędne, jak na emerytury czy wypłaty. Dlatego rozwiązaniem mogłyby być skredytowanie zakupów. Takich informacji już jednak nie ma. W ogóle informacje o pieniądzach są nad wyraz skromne. W styczniu premier Kopacz poinformował, że Polska jest gotowa pożyczyć Ukrainie 100 mln EUR. Tłumaczono, że pieniądze zostaną wydane na odbudowę Donbasu, na wsparcie małych i średnich firm. Bardzo optymistycznie, bo wydaje się, że właśnie rozpoczęła się kolejna rosyjska ofensywa. Zapowiedź realne wsparcia cieszy, gdyby nie kilka „ale”. Równo rok temu, Polska też miała pożyczyć Ukrainie pieniądze (pośrednio, w ramach np. Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Czy pożyczono? Nie wiem. Jeśli tak, zabrakło informacji. Na marginesie, nie byłoby to pierwsze komunikacyjne niedopatrzenie, bo jak inaczej (ostrzej?) nazwać serię informacji o ewakuacji osób narodowości polskiej z terenów ciężkich walk. Zabrakło również deklaracji, a przede wszystkim decyzji o samodzielnym zaangażowaniu Polski w np. zakup ukraińskich obligacji.

Nie będzie także prezydenckiego funduszu, który miał wesprzeć przedsiębiorczość na Ukrainie. Stworzenie takiego rok temu zapowiedział prezydent, a uszczegółowił wysoki urzędnik kancelarii.  300 mln zł miało zostać zainwestowane w ukraińskie przedsiębiorstwa. Polska miałaby pomóc w ten sposób ukraińskiej gospodarce. Tylko przyklasnąć. W ten sposób pomagali nam Amerykanie na początku transformacji. Dobrze poinformowane osoby wyjaśniają jednak dziś, że przez ostatnie dwanaście miesięcy prezydencki plan nie przekształcił się w konkretne działania. Z jednej strony, to dobrze. „Zmuszanie” instytucji związanych ze skarbem państwa, ale jednak działających wedle zasad mocno rynkowych (jak BGK, PKO BP) byłoby błędem. Takie decyzje, uwzględniając ekonomię, a nie – nawet słuszne – racje polityczne, niech podejmują zarządy. Z drugiej strony, mądre i realne wzmacnianie ukraińskiej gospodarki inspirowane przez rząd leży w naszym interesie. Mniej obietnic, więcej faktów?


© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Goralewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Prezydencki fundusz, czyli Ukraina może